Archive for the ‘Libia’ Category

Libia – w ramach projektu „Afryka Nowaka” – 5.05.2009 – 8.01.2010

Wstęp

„Afryka Nowaka” to duży społecznościowy projekt podróżniczy, którego inspiracją stała się słynna podróż Kazimierza Nowaka do Afryki. Projekt zorganizowany jest w formie sztafety rowerowej, która możliwie jak najwierniej przemierza trasę wyznaczoną w latach 1931-1936 przez Nowaka. Szczegóły projektu oraz relację z jego przebiegu można znaleźć na portalu AfrykaNowaka.pl

Po powrocie z mojej wyprawy do Afryki Zachodniej, zostałem zaproszony przez pomysłodawców projektu do wzięcia udziału w „Sztafecie”. Przejechałem na rowerze cały odcinek libijski, uczestnicząc w dwóch pierwszych etapach całego przedsięwzięcia -  Uadi Tour i Przerzutka z Sahary (jako lider etapu). Szczegółowe relacje z etapów:

W miesięczniku ROWERTOUR (2/2010) ukazał się mój artykuł relacjonujący przebieg etapu Przerzutka z Sahary. Zapraszam do jego lektury:

Przerzutka z Sahary

Przerzutka z Sahary to II etap sztafety rowerowej, upamiętniającej postać i wyczyn Kazimierza Nowaka, który w latach 1931-1936 przejechał na rowerze kontynent afrykański. Nasza trasa rozpoczynała się daleko w głębi libijskiej Sahary, w miejscowości Al Aweynat, dokąd po miesiącu jazdy dotarła pierwsza ekipa Sztafety – Uadi Tour. Jadąc śladami naszego idola, mieliśmy do przebycia drogę biegnącą na wschód kraju przez Ubari, Murzuk, Zuillę aż do Timsah, gdzie dziś kończy się asfaltowa droga. Następnie czekała nas przeprawa saharyjskimi bezdrożami przez góry Harugi Białe i Harugi Czarne do oazy Al Fogha i dalej do Zellah. Stamtąd mieliśmy skierować się na północ aby przerzucić sztafetę z Sahary ku brzegom Morza Śródziemnego. Ostatnim odcinkiem miał być rajd wzdłuż wybrzeża Cyrenajki, do granicy z Egiptem. Łącznie do pokonania ok. 2400 km w 31 dni.

Uczestnicy

Uczestnicy

Anna Grebieniow – doświadczony podróżnik, lider znanego projektu Żaglowozem przez Pustynię Gobi, fotograf.

Fadel Dahi – pół-Mauretańczyk i pół-Senegalczyk, uczestnik obydwu etapów libijskich. Większość trasy przejechał na rowerze, tłumacz i doskonały kucharz.

Marcin Lajborek – teatrolog, kwatermistrz, kucharz i nawigator, autor .

Kasper Piasecki – student filmoznawstwa, operator filmowy naszego etapu

Hamid Saad – nasz libijski kierowca dwóch etapów i fantastyczny towarzysz.

Dominik Szmajda – uczestnik Uadi Tour i lider II etapu Przerztka z Sahary. Fotograf, etapowy mechanik rowerowy. Współwłaściciel wydawnictwa Sorus, które wydało książkę  Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.

Początek

Jako jeden z uczestników I etapu – Uadi Tour – byłem już nieźle wdrożony w temat prowadzenia bicykla po libijskiej ziemi. A że kraj ten z perspektywy rowerowego siodełka spodobał mi się niezwykle, to z tym większą przyjemnością przyjąłem moich podopiecznych, aby poprowadzić ich w II etapie. Symboliczne przekazanie sztafetowej pałeczki, a właściwie „Książeczki-Pałeczki” – jak nazywamy naszą książkę-kronikę, nastąpiło w Trypolisie. Tam bowiem na początku grudnia przyleciały Przerzutki z Sahary, a także stamtąd odlatywali do kraju moi towarzysze z I etapu – Piotr Sudoł i Zbyszek Sas.

Na początek musieliśmy dotrzeć do położonej 1400 km na południe od Trypolisu miejscowości Al Aweynat, gdzie czekały już na nas nasze żółte Brennabory.

Przed ruszeniem w dalszą drogę zmieniliśmy opony z terenowych na szosowe, przed nami bowiem 650 km odcinek asfaltową drogą na wschód. Rankiem 9-ego grudnia, przy pięknej słonecznej pogodzie i pod płaszczem bezchmurnego błękitnego nieba, cała nasza czwórka raźnie pedałowała na wschód, w kierunku najbliższej miejscowości – oddalonej o 220 km Ubari.

Trasa etapu „Przerzutka z Sahary”

W przeciwieństwie do składu Uadi Tour, nowi Przerzutkowicze nie mieli do tej pory poważniejszych doświadczeń w dziedzinie wypraw rowerowych. Jednak jednym z celów naszego projektu jest rozbudzanie pasji rowerowej wśród ludzi nie mających do tej pory okazji zmierzenia się z tą wspaniałą formą aktywności.

Skład drugiego etapu wyłonił się dopiero na 3 miesiące przed startem Sztafety, zatem Kasper i Marcin nie mieli zbyt wiele czasu na kondycyjne przygotowania. Jeszcze mniej czasu miała Ania, która w ostatniej chwili dołączyła do naszej ekipy. Tym niemniej trenowali zawzięcie, tyle, na ile im czas na to pozwolił.

Pierwsze trzy dni jazdy przypadły na bardzo dobre warunki – po płaskiej szosie, przy bezwietrznej pogodzie. Dbałem także o wystarczająco częste i długie przerwy w jeździe oraz nie forsowanie tempa na początku etapu. Pomimo to nie udało się uniknąć najgorszego – kontuzji.

Droga na wschód: Awaynat - Ubari

Po drugim dniu jazdy Marcin zaczął odczuwać ból w prawym kolanie. Kolejnego dnia ból był na tyle silny, że uniemożliwił mu dalszą jazdę. Na szczęście towarzyszył nam samochód, więc Marcin zamienił się miejscami z Fadelem, który w drugim etapie miał pełnić funkcję tłumacza, kucharza i częściowo filmowca. Zarówno Marcin, jak i my wszyscy, wierzył, że po kilku dniach odpoczynku kontuzja kolana sama ustąpi; jednak myliliśmy się. Resztę trasy Marcin spędził w samochodzie, u boku naszego kierowcy – Hamida, służąc nam pomocą jako kwatermistrz i kucharz – konkurując w tej materii z Fadelem, z czego korzystały podniebienia nas wszystkich.

Jeziora Ubari

W Ubari nieoczekiwanie dołącza do nas Mohammed – kierowca, który towarzyszył nam podczas pustynnej przeprawy na etapie Uadi Tour. Witamy go w bazie polskiej firmy Geofizyka Kraków, gdzie mamy okazję spędzić noc w bardzo komfortowych kontenerach (wygodne czyste łóżka, sterylne prysznice z ciepłą wodą, słowem – raj). Nazajutrz Mohammed zaproponował nam, a w zasadzie zaprosił nas na fakultatywną wycieczkę – do położonych nieopodal słynnych Jezior Ubari – znanych jako jedna z największych atrakcji libijskiej Sahary. Sami, na rowerach, nie bylibyśmy w stanie tam dotrzeć, ponieważ miejsce to dzieli od naszej drogi 20 km wydm.

Utknęliśmy na szczycie wydmy

Mohammed dysponuje jednak dużym terenowym samochodem, który jest w stanie zawieźć nas tam wszystkich. Takiej okazji nie wolno niewykorzystać. Z radością pakujemy wszystkie sakwy i wsiadamy do srebrnego LandCruisera. Rowery zostawiamy w pobliskim kempingu, będącym bazą wypadową do miejsca, z którego pochodzi zdjęcie na okładce naszego przewodnika Lonely Planet.

Mohammed postanawia urządzić nam emocjonujący rajd po wydmach. Wjeżdża na pełnych obrotach wyjącego silnika na ich szczyty, aby zjeżdżać z nich na wstecznym przy głośnych krzykach nas wszystkich. W pewnym momencie zawisamy na jednej z miękkich, piaszczystych grani na podwoziu i aby się uwolnić, musimy wszyscy odkopywać piach spod samochodu. Na szczęście po kwadransie udaje nam się osadzić auto z powrotem na kołach i zjechać w dół. Jadąc tym razem już pomiędzy wydmami, docieramy wkrótce  do miejsca, skąd rozpościera się widok iście bajkowy.

Raj na Saharze

Właśnie tak w dzieciństwie wyobrażaliśmy sobie idylliczne miejsca na Saharze: piaszczysta, pofałdowana dolina, z wyrastającymi spomiędzy niewysokich wydm pojedynczymi palmami, a pośrodku, w gęstniejących pióropuszach liści palmowych błyszczy się tafla wodnego oczka. Docieramy tam tuż przed zachodem słońca. Wychodzimy z auta, stajemy na piasku i chłoniemy każdą chwilę spektaklu natury. Gra ciepłych kolorów ostatnich promieni słonecznych wprawia nas w prawdziwy zachwyt. Chwilę później rozbijamy nieopodal obóz, i w blasku ogniska przygotowujemy wieczorny posiłek.Po kolacji, gdy chłód nocy daje o sobie znać, wchodzimy w śpiwory i kontynuujemy wieczór przy ognisku, do późnej nocy rozmawiając, żartując, paląc wonny tytoń nargilli, wreszcie czytając na głos listy Kazimierza Nowaka do żony. Tej nocy nie wchodzimy do namiotów – zasypiamy zapatrzeni w gwiazdy.

Przez Harugi

17 grudnia, tj. ósmego dnia naszej wyprawy, znów zakładamy nasze opony terenowe, aby nazajutrz rozpocząć w najbardziej oczekiwany przez nas etap pustynny. Podobnie jak Nowak, przejedziemy przez dwa pasma górskie Al Haruj – Harugi Białe i Harugi Czarne, jak nazwał je zuch Kazimierz.

Rowerem na piaskach. W tle Ania robiąca takie samo zdjęcie ;)

Jazda terenowa po Saharze jest nieporównywalnie trudniejsza od tej po zwykłej szosie. Koła naszych Brennaborów podskakują przy niemal metalicznym dźwięku uderzających o siebie kamieni. Innym razem mielą piasek pod zdradliwie cienką skorupą zaschniętego żwiru. Łańcuch, już solidnie zużyty po poprzednim etapie, rzęzi niemiłosiernie, pomimo częstego smarowania. Manetki przerzutek klikają bez przerwy. Unikanie przeszkód wymaga od nas nieustannej koncetracji.

Z drugiej strony pustynia wynagradza nasz wysiłek swym absolutnie czarującym pięknem. Kamienie, sprawiające wrażenie rozsypanych na jasnym miałkim żwirze, o rozmaitych barwach i kształtach, zdają się czekać, aż chętny schyli się po nie aby przyjrzeć się im z bliska. Zatrzymuję się uwiedziony fantastycznym, zupełnie białym, podobnym do kryształu soli kamieniem. Jest duży, wielkości melona, wklęsły z jednej strony, gdzie promienie słońca iskrzą się w bieli jego kryształków. Rozglądam się dookoła, jest kolejny, a kawałek dalej zupełnie inny, nie tak duży, za to czarny.

W stronę Harugów Białych

Gdy podnoszę go, okazuje się, że ten oszlifowany piaskem, poprzecinami szarymi żyłkami kamień, ma strukturę łudząco przypominającą kawałek drewna, niczym węgiel drzewny. Obracam go w dłoni i oglądam z zachwytem z każdej strony. Rozglądam się za pozostałymi rowerzystami, nieopodal widzę Anię, również z nosem przy ziemi, fotografuje z bliska inne, „swoje” kamienne skarby.Chciałoby się spędzić i pół dnia przy takim zajęciu. Ania żartuje, że gdyby ktoś jej za to płacił, to mogłaby tak pracować całe życie.

Jeszcze pierwszego dnia dotarliśmy do podnóży jasnych łupkowych gór, o pastelowych barwach, mieniących się różnymi odcieniami beżu, oliwkowej zieleni i różu. Dzieli nas od nich ok. kilometra przestrzeni usianej niewielkimi kopczykami kruchych skał. Próbujemy wjeżdżać na nie rowerami. Najpierw ostrożnie, nieśmiało, aby po chwili na pełnej prędkosci z wielką frajdą wjeżdżać na kolejne kopczyki. Urządzamy sobie z tego wspaniałą zabawę przypominającą skoki snowboardzistów w snowparku.

Kamień na piasku

Kolejnego dnia docieramy do oddzielonych kilkudziesięciokilometrową zupełnie płaską hammadą Harugów Czarnych. Musimy posuwać się zachodnim skrajem, który stanowi kilkumetrowy nasyp usiany czarnymi kamieniami różnej wielkości, przypominającymi strukturą pumeks.

Po kolejnych dwóch ciężkich dniach zmagań z grząską powierzchnią hammady docieramy do oazy Al Fogha.


Medina

Instalujemy się na stacji benzynowej, aby w spokoju dokonać wszystkich potrzebnych regulacji i napraw sprzętu rowerowego. Al Fogha okazała się bardzo miłym miejscem. To zaciszna miejscowość, na której kończy się szosa łącząca Al Foghę z resztą kraju od zachodu. Co ciekawe, 115-km odcinek tej drogi został wybudowany w 1994 r. przez polską firmę.

Udajemy się 2 km za miasto, aby dotrzeć do starej części tej oazy. Okazuje się, że dawna Al Fogha jest przepięknie ulokowana w szerokim kanionie piaskowych skał. Z zapartym tchem przejeżdżamy obok starej opuszczonej mediny na sąsiednim wzgórzu, której gliniaste mury złocą się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Zostawiamy rowery nieopodal przy palmowym gaju, i spiesznie ruszamy do pozostałości starego miasta z aparatami i kamerą, aby utrwalić piękno tego miejsca. Początkowo razem, po czym każdy z osobna, spacerujemy po ruinach gliniastych zabudowań. W pewnym momencie Ania woła wszystkich w jedno miejsce, skąd dochodzi rozpaczliwe kwilenie młodego psa. Okazuje się, że głos ten dochodzi z przykrytej dużym kamieniem studni. Odsłaniamy kamień i ledwie dostrzegamy malutkiego szczeniaka na dnie ok. 8-metrowej wąskiej dziury…

Dla Ani, która jest wielkim miłośnikiem zwierząt, staje się oczywiste, że trzeba go z tamtąd natychmiast wydostać. Ale jak??? Godzinę później, wszyscy wraz z Abdul Karimem i poznanymi na stacji benzynowej ludźmi, otaczamy otwór studni radząc, jak wydostać nieszczęśnika. Piesek mógł tam wpaść się przez szparę między przykrywającymi właz kamieniami. Mógł także dostać się w to miejsce z wielu innych podobnych studni, które są połączone ze sobą tworząc sieć kanałów pod całym obszarem zabudowań mediny. Działać trzeba było szybko. Wielokrotnie spuszczamy na lince od plandeki Hamida jeden z plecaków, umieszczając na jego dnie przynętę w postaci jedzenia. Następnie ponawiamy próby wyciągnięcia szczeniaka przy pomocy sakwy rowerowej – bezskutecznie. Malec robi się coraz bardziej ospały, wykończony dramatyczną walką o życie. W pewnym momencie Ania – będąc świeżo po kursie ratownictwa, decyduje się na próbę zejścia na dno studni. Niestety okazuje się, że jej ściany są bardzo sypkie, i nie bardzo można bezpiecznie się o nie zaprzeć. Natomiast linka Hamida, a także kolejna, którą przynoszą w międzyczasie lokalni pomocnicy, wydają się zbyt niepewne, żeby im zaufać i pozwolić się przy ich asekuracji opuścić na dno głębokiej i ciasnej studni.

Medina tuż po uratowaniu

Ania wychodzi na powierznię i ponawiamy próby wydostania psa z opresji – tym razem przy pomocy starego wiadra. Ania wraz z Marcinem mocują do niego dwie linki w różne miejsca, aby łatwiej sterować wiadrem na dnie studni. Ostatecznie po trzech godzinach nieustannych prób, udaje im się „nabrać” pieska wiadrem i wyciągnąć go na powierzchnię przy okrzykach radości i triumfu! Ok. 1-miesięczne szczenię, całe pokryte kurzem, z posklejoną sierścią błotem, okazuje się być suczką, i natychmiast zostaje ochrzczone imieniem Medina. Hamid z miejsca deklaruje, że zatrzyma ją przy sobie, zatem od tego momentu skład Przerzutki z Sahary poszerza się o nowego członka! Witamy!!!

Wigilia na Marsie

Końcówka kolejnego ciężkiego dnia jazdy przez pustynię (fot. Ania Grebieniow)

Drugi etap naszej przeprawy terenowej wiódł do miasta Zellah, przez Harugi Czarne. Jadąc z Al Fogha na wschód, już po 10 km docieramy do podnóża tych niezwykłych gór. Ich skraj przypomina powiększony do makroskali brzeg asfaltowej drogi. Tworzy ją czarny, kilkumetrowej wysokości jęzor skały magmowej. Wdrapujemy się na niego, a naszym oczom ukazuje się zupełnie niezwykły, iście marsjański pejzaż: po horyzont morze zastygłej lawy, czarnej jak węgiel, spękanej, poprzecinanej licznymi szczelinami. Gdzieniegdzie, pomiedzy skałami utworzyły się jasne piaszczyste wgłębienia, niczym wypełnione prawie białym piaskiem dna stawów, a także większe, przypominające jeziora. W nich zielenieją drobnolistne pojedyncze drzewka akacji. Z kolei patrząc ze skraju skarpy na hammadę, mamy wrażenie jakbyśmy znajdowali się na skalistym brzegu morza. Taki oto pejzaż wykształciła przed wiekami erupcja oddalonego o kilkadziesiąt km stąd wulkanu. Najprawdopodobniej to właśnie te okolice były miejscem mrożących krew w żyłach przeżyć, które Kazimierz Nowak opisał w 6 rozdziale książki Rowerem i Pieszo przez Czarny Ląd. Błądząc długo w labiryncie szczelin, natrafił na ślady ludzkich stóp, które go zaprowadziły do jaskini… z trzema ciałami martwych nieszczęśników…

Harugi Czarne

Marsjański pejzaż w Harugach Czarnych

My nie możemy sobie pozwolić na zgubienie się w górach, dlatego posuwamy się wzdłuż ich północno-zachodniej krawędzi, i tylko raz po raz zapuszczamy się nieco głębiej, aby znaleźć ciekawe miejsce na wieczór wigilijny. W końcu decydujemy się na niewielką dolinkę z jednym dużym i jednym całkiem małym drzewkiem akacji na jej środku. Na dużym wieszamy jedną girbę – jak nazywamy nasze elastyczne bukłaki na wodę, służące nam także za prysznic. Drugie – mniejsze drzewko posłuży za choinkę. Kolczaste drzewko przyozdabiamy owocami, a także przywiezionymi z Kraju drewnianymi aniołkami. Blasku choince dodają błyszczące wieczka puszek od konserw. W czasie gdy Ania wraz z Hamidem stroją drzewko, pozostali przygotowują wigilijne dania. Mnie w udziale przyszło lepienie pierogów. Jako stół wykorzystuję maskę naszego auta, a wałkiem zostaje duży słoik po oliwkach. Marcin robi wspaniały farsz z ziemniaków, cebuli, sera feta i przypraw, Kasper i Fadel pomagają mi przy klejeniu pierogów.

Gdy już po zmroku mieliśmy zasiadać do wigilijnego stołu, na pobliskim kamienistym szlaku pojawił się terenowy samochód. Tu na Saharze każdy kierowca, gdy widzi innych ludzi zwyczajowo zatrzymuje się, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie potrzebują jakiejś pomocy.

Tuareski św. Mikołaj

Tak było i tym razem. Rzecz jasna, że zaprosiliśmy kierowcę i pasażera na Wigilię. Widząc nas w tym miejscu, z rowerami z przyczepkami, siedzących przy drzewku akacji ubranym w różne przedmioty, w tym także jadalne, z biegającym dookoła szczeniakiem z fosforyzującymi szelkami, musieli być naprawdę zaskoczeni. Najpierw, wokół ogniska odśpiewaliśmy kolędę, a następnie podzieliliśmy się ze wszystkimi lokalnym okrągłym chlebem, składając sobie życzenia. Nasi goście oprócz  pierogów, mieli okazję spróbować także czerwonego barszczu i kompotu. Ci dwaj mieszkańcy pobliskiego Zellah, do którego się wybieraliśmy, wdzięczni za takie przyjęcie, zaprosili nas do skorzystania z ich gościny, gdy będziemy przejeżdżać przez ich miejscowość. Tego wieczoru trudno było nam przewidzieć, w jak niezwykły sposób potoczą się dalsze losy tej znajomości.

To był on!

Z tego miejsca Kazimierz Nowak w 1931 r. zrobił zdjęcie oazy Zellach (fot. Ania Grebieniow)

Gdy po dwóch dniach dotarliśmy do Zellah, zadzwoniliśmy do Hameda – jednego z naszych niespodziewanych wigilijnych gości. Zaprosił nas natychmiast do siebie. Okazało się, że trafiliśmy na nie byle kogo – rodzina Hameda należy do jednego z najważniejszych rodów w tym mieście. Mieliśmy do dyspozycji wydzieloną część jego will

i z osobnym wejściem i łazienką. Cały wieczór spędziliśmy na opowieściach o Harugach. Hamed zna je doskonale, w wolnym czasie często wraz z przyjaciółmi poluje tam na gazele. Pokazuje nam zdjęcia i filmy nakręcone komórką. Jest też bardzo zainteresowany historią Kazimierza Nowaka. Gdy pokazujemu mu książkę, natychmiast rozpoznaje na s. 46 pejzaż Zellah. Choć miasto od tamtego czasu zmieniło się znacznie, to Hamed rozpoznaje okolicę po układzie pagórków, a nawet poszczególnych drzew palmowych.

Salah Ali Badran (fot. Ania Grebieniow)

Salah Ali Badran (fot. Ania Grebieniow)

Nazajutrz rankiem, gdy zabieraliśmy się za serwisowanie naszych rowerów, Hamed prowadzi do nas pewnego pa

na w sędziwym wieku. Choć zgarbiony i podpierający się laską, jednak podchodzi do nas żwawym krokiem. Hamed przedstawia go nam jako swojego wujka – Salah Ali Badran, który… pamięta Kazimierza Nowaka!!! Natychmiast biegnę po książkę Rowerem i pieszo… i podaję ją staruszkowi. Ten spojrza

wszy na okładkę promienieje uśmiechem i wykrzykuje: tak! To był on! Ten 84-letni dziś człowiek żywo opowiada o naszym bohaterze, który zatrzymał się w Zellach, gdy Salah miał zaledwie 8 lat. Mimo to zapamiętał zadziwiająco wiele z tego wydarzenia. Opowiada nam, że cała lokalna społeczność była bardzo poruszona przybyciem Nowaka do Zellah. Nikt nie mógł uwierzyć, jak ten samotnie podróżujący człowiek mógł przeżyć wielodniową wędrówkę po Har

ugach, i pomimo zbłądzenia i skrajnego fizycznego wyczerpania, ostatecznie dotarł do ich oazy.

4 kwietnia 1932 pisał K. Nowak do żony: „5 długich dni [od 31marca do 4 kwietnia 1

932 – przypis D.Sz.] spędziłem wśród pustyni – choć to nie nowość dla mnie – ale pustynia pustyni nierówna! Z tych pięciu dni dwa pierwsze ciężkie były nad siły ludzkie , trzy dalsze konałem. Taka przeokropna śmierć, której na imię „Pragnienie” zwaliła z nóg – mocz własny piłem; wkopywałem się w piasek za życia, aby nie zostać spalonym przez piekielne słońce …” I pisze dalej: „Chwil dopiero parę jak uratowałem życie – jak spalony gorączką pragnienia, osłabiony głodem,  resztki sił zużyłem aby dotrzeć do zieleni oazy, gdzie ratunek znalazłem i serdeczne przyjęcie”.

Nowak  dotarł do oazy porzuciwszy bagaż na pustyni. W liście do żony z Zellah 5 kwietnia 1932 Nowak pisze:„wrócił patrol, który wczoraj wysłał Kapitan i przywiózł mój bagaż [...] i znowu mam wszystko przy sobie

K. Nowak opuścił gościnne Zellah 12 kwietnia 1932 r.

Salah podkreślał także to, że zapamiętał Nowaka jako człowieka bardzo inteligentnego, władającego świetnie zarówno włoskim jak i arabskim. Rozmawiał ze wszystkimi, był samodzielny, znał się na wielu rzeczach, czym budził powszechny podziw.

Pan Salah (w środku na siedząco) ogląda książkę Nowaka. Od prawej: Fadel, Hamed - nasz gospodarz, z lewej stoi jego ojciec

Słuchaliśmy tej opowieści z niedowierzaniem i wzruszeniem, bowiem w najśmielszych marzeniach nie przyszło nam do głowy, że kiedykolwiek

przyjdzie nam spotkać się twarzą w twarz z człowiekiem, który osobiście poznał naszego patrona. Salah był równie wzruszony jak my i powtarzał, jak bardzo jest szczęśliwy z powodu tego spotkania. Dopytywał nas także o szczegóły dalszej wędrówki Nowaka po Afryce, a gdy opowiedzieliśmy mu w skrócie o wyczynie, jakiego nasz Kazik dokonał w swoim życiu, staruszek kiwał głową z zachwytem. Bez wątpienia to poruszające spotkanie było najważniejszym wydarzeniem całej naszej podróży przez Libię.

Cyrenajka

Końcówkę starego i początek Nowego Roku zaczęliśmy od przyjazdu do drugiego po Trypolisie miasta Libii – Bengazi. Zostaliśmy tam ugoszczeni przez tamtejszych skautów, których starszyznę poznaliśmy jeszcze w Gadamesie podczas pierwszego etapu. Wśród nich był znany już nam Dr Fathi Beayou, mówiący dobrze po polsku, a także Pan Abdelbari M. Elesawy, którzy zorganizowali nam w ostatni dzień roku spotkanie z dziennikarzami z lokalnej prasy.

Bengazi - nabrzeże

W nowy rok do naszej sztafety dołączyło trzech bengaskich skautów, którzy wraz z nami spędzili kolejne dwa dni. Pokonaliśmy wspólnie na rowerach (częściowo na naszych a częściowo na jednym ich) ok. 140 km, docierając wybrzeżem Cyrenajki do ruin starożytnej Ptolemei. W ich towarzystwie spędziliśmy niezapomniany wieczór, którego przewodnim motywem było wspólne śpiewanie z akompaniamentem  gitary piosenki My Cyganie. Jej refren nasi libijscy towarzysze spisali sobie skrupulatnie na karteczkach – oczywiście w języku arabskim. Porwani wspaniałą atmosferą zabawy odśpiewaliśmy go bodaj 40 razy pod rząd.

Wybrzeże Cyrenajki to zupełnie inna Libia, różniąca się pod względem pejzażu i klimatu diametralnie od tej, którą znaliśmy do tej pory. Gdy wjechaliśmy serpentynowym podjazdem na masyw gór Jebel Al.-Akhdar, znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Góry Zielone nie tylko z nazwy. Otaczająca nas soczysta zieleń krzewów, traw i lasów sprawiała, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy nie w Libii, lecz gdzieś w Europie, może w Irlandii czy Szkocji. Z całą pewnością wiedzieliśmy, że przeskoczył sztafetowy łańcuch na geograficznej zębatce. Oto dokonała się nasza Przerzutka z Sahary.

wybrzeże Cyrenajki

Przed nami jeszcze kilkaset kilometrów jazdy wybrzeżem, słynącym z ruin licznych starożytnych miast, w tym najważniejszym – Cyrene. Mamy także okazję zobaczyć zapierający dech w piersiach wąwóz Uadi Al Kuf. Jego porośnięte roślinnością potężne zbocza przypominają nam znane doliny naszych Tatr.

Powoli kończyła się nasza libijska przygoda. Czas było zdążać ku granicy z Egiptem, aby przekazać pałeczkę czekającej tam już na nas kolejnej ekipie.Na granicę libijsko-egipską dotarliśmy 8 stycznia. A 9 stycznia rano przekazaliśmy  pałeczkę „Afryki Nowaka” uczestnikom etapu 40 wieków plus dwa (kółka). Ich relację już teraz można śledzić na naszym portalu www.afrykanowaka.pl, a na podsumowanie egipskiego etapu zapraszamy wraz z kolejnym numerem RowerTour.

Przerzutka z Sahary w liczbach

Czas – 31 dni

Dystans całkowity – 2420 km

Dystans przejechany na rowerach – 1880 km

odcinek okolice Maradah – Bengazi (540 km) przejechaliśmy samochodem, aby nadrobić kilka dni zaległości z I etapu Uadi Tour.

Dystans na odcinku terenowym (po bezdrożach Sahary) – 445 km

Najdłuższy przejazd dzienny – 152 km

Informacje praktyczne dla saharyjskich cyklistów

  1. Czas – na Saharę najlepiej wybrać się w okresie listopad-styczeń, gdy temperatury w ciągu dnia są znośne, a burze piaskowe stosunkowo rzadkie.
  2. Rowery – w terenie pustynnym układ napędowy dostaje porządnie w kość. Łańcuch zużywa się szybko, wymaga też częstego smarowania. Sprawdzają się szerokie kewlarowe opony z agresynym bieżnikiem. Na piaszczystym terenie skuteczna jazda tylko przy bardzo niskim ciśnieniu – poniżej 1 Bar. Jednak wtedy łatwo uszkodzić dętkę na kamieniach. W terenie mieszanym konieczny „ciśnieniowy” kompromis.
  3. Ubiór – doskonale sprawdzają się koszulki z nowoczesnych materiałów z bakteriostatycznym włóknem. My mieliśmy koszulki Thermo Meryl® Skinlife od firmy Nowatex. Nosiliśmy je na okrągło i faktycznie  nie dawały żadnego zapachu. W wietrzne dni, których nie brakowało, świetnie spisywały się kurtki przeciwwiatrowe z oddychającego i odprowadzającego wilgoć materiału. Krótkie spodnie w kulturze arabskiej nie są dobrze widziane. Sprawdzają się luźne i elastyczne, z kieszeniami, z szybkoschnących materiałów. Na chłodny wieczór bluzy typu windstoper, choć ostatecznie wszyscy okrywaliśmy się ciepłymi śpiworami. Najlepszym okryciem głowy jest czapka ze sztywnym daszkiem. Na nogi warto mieć sandały i niskie buty trekkingowe.
  4. Pozostały sprzęt. Woda na pustyni jest najważniejsza. Doskonale sprawdziły się zwijane 10-litrowe bukłaki MSR, które można łatwo upakować w sakwie. Oprócz dwóch rozmiarów zakrętki, mają też wygodny „dzióbek” pełniący funkcję kranika. Do przygotowania posiłków najlepsza jest kuchenka benzynowa. Choć jej uruchomienie wymaga kilka minut pracy, to płomień jest wytrzymalszy na wiatr od gazówki i wodę zagotować można stosunkowo szybko. Tym niemniej nasza, po miesiącu intensywnego użytkowania, odmówiła współpracy. Radziliśmy sobie całkiem nieźle gotując na żarze z ogniska. Pamietać o zbieraniu drewna po drodze! Pozostały sprzęt biwakowy możliwie jak najlżejszy i zabierający niewiele miejsca w sakwach. W ciepłym puchowym śpiworze można spać pod gołym niebem, ale w wietrzne noce namiot jest niezbędny. Maty samopompujące dają duży komfort, ale łatwo je przebić i trudno naprawić. Dlatego lepsza jest zwykła karimata.
Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowościach na mojej stronie!

wybrane zdjęcia studyjne:
Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.