Archive for the ‘podróże’ Category

Czad – krótki przewodnik praktyczny

Czad jest krajem bardzo rzadko odwiedzanym przez turystów, a nawet podróżników. Przygotowując się do wyprawy do tego kraju natrafiłem w Internecie zaledwie na dwie, trzy relacje sprzed kilku lat, a dotyczyły one jedynie okolic jeziora Czad. Z tego względu uznałem, że może warto podzielić się zdobytymi podczas mojej podróży informacjami i zainspiruję innych podróżników do odwiedzenia tego jeszcze „dziewiczego” w sensie podróżniczym kraju. Dlaczego tak mało osób tam jeździ? Prawdopodobnie właśnie z braku aktualnych informacji, bo większość dostępnych pochodzi z nieodległych czasów wewnętrznych konfliktów, które miały miejsce przed 2008 rokiem. Tak, bowiem w Czadzie jest już bezpiecznie! 13 marca 2008 roku został podpisany pokój w Dakarze z sąsiednim Sudanem i od tego czasu sytuacja w kraju systematycznie zaczęła się poprawiać. Dodatkowo, dzięki eksploatowanym od kilku lat na zachodzie kraju złożom ropy naftowej, sytuacja ekonomiczna kraju także zaczęła się poprawiać. Czad już leży na końcu tabeli statystyk PKB. Dość powiedzieć, że podczas naszego pobytu, ruszyła zbudowana przez Chińczyków rafineria ropy naftowej co poskutkowało dwukrotnym obniżeniem ceny benzyny (gdy wyjeżdżaliśmy, kosztowała ok. 2,50 zł/l).

Zapraszam zatem do lektury mini przewodnika po Czadzie. Wszystkie poniższe informacje zostały zebrane podczas miesięcznej wyprawy rowerowej przez ten kraj w ramach XX. etapu Afryki Nowaka. Szczegółowe informacje o trasie wyprawy znajdują się na końcu strony, a relacje (kilkadziesiąt stron tekstu) z przebiegu całej naszej wyprawy znajdziecie TU.

Pogoda, czyli kiedy warto jechać

termometr

W Czadzie gorąco jest okrągły rok, ale najprawdopodobniej najlepszą porą jest późna jesień i wczesna zima, gdy temperatury są najniższe i jest sucho. Najgoręcej jest wiosną (marzec-maj), kiedy temperatury przekraczają 40ºC w cieniu. W czerwcu zaczyna się pora deszczowa i trwa do końca września. Temperatury oscylują wówczas w okolicach 35-40ºC w ciągu dnia, a w nocy spadają do ok. 30º. Najniższą temperaturę zanotowaliśmy o świcie po całonocnym deszczu:  24ºC.  W porze deszczowej pada codziennie (choć my w lipcu 2011 mieliśmy wyjątkowe szczęście, trafiliśmy bowiem na suszę – padało kilka razy w ciągu całego miesiąca, głównie w nocy). Część dróg na południu kraju jest wówczas nieprzejezdnych.

Rys geograficzny

Terytorium Czadu to 1294 tys. km2, czyli ponad 4 razy więcej niż Polska. 2/3 kraju (północna część) stanowią tereny pustynne, natomiast południe to głównie sawanny. Dużą część południa zajmują plantacje bawełny, przeplatające się z buszem o różnej gęstości. Południe kraju przecinają dwie duże rzeki – Szari i Logon (Chari i Logone), które zbiegają się tuż przed jeziorem Czad, zasilając je swoimi wodami. Zdecydowanie większa część kraju jest płaska jak stół, z jednym istotnym wyjątkiem – górzystym regionem Tibesti na północy kraju. Są to góry wulkaniczne, których najwyższy szczyt – wulkan Emi Koussi – wznosi się na wysokość 3415 m n.p.m. i tym samym stanowi najwyższy szczyt całej Sahary. Swego rodzaju symbolem kraju jest jezioro Czad, będące największym zbiornikiem słodkiej wody. Niestety, jego powierzchnia systematycznie maleje za sprawą ekspansji pustyni. Nie będzie nadużyciem jeżeli powiem, że krajobrazowo Czad nie jest interesujący (poza regionem Tibesti). Jego największe atuty to egzotyka i życzliwość jego mieszkańców oraz przyroda, w szczególności fauna. Spotkać można bowiem wiele dzikich zwierząt. Myśmy widzieli wielkie ptaki, np. marabuty, a nawet duże stada pawianów.

Ludzie i język

Kraj ten jest niezwykle zróżnicowany pod względem etnicznym. Oficjalnie mówi się, że w Czadzie funkcjonują 232 języki. W praktyce można wyróżnić kilka głównych grup. Na północy kraju żyją Kanebu i Tubu, mówiący językiem zbliżonym do arabskiego, a także wyglądem przypominający ludność arabską. W środkowej części żyje wiele różnych plemion, zarówno koczowniczych jak i osiadłych. Południe to przewaga plemienia Murzynów Sara. Można przyjąć, że plemiona prowadzące osiadły tryb życia (uprawiający ziemię rolnicy) to najczęściej chrześcijanie i animiści, a koczownicze plemiona to muzułmanie (z wyłączeniem całkowicie muzułmańskiej północy kraju). Nad brzegami rzeki Logone żyją Murzyni Masa, zwani przez innych Banana (określenie to pochodzi od pozdrowienia w ich języku, ale używanie słowa Banana w obecności przedstawicieli tego plemienia nie jest w dobrym tonie). Niezwykle barwnie ubierają się i tatuują przedstawiciele koczowniczego plemienia Bororo (lub Mbororo).

Jednak to co łączy niemal wszystkie czadyjskie plemiona jest zwyczaj skaryfikacji. Większość Czadyjczyków posiada wyraźne blizny na twarzy, najczęściej na czole i na policzkach. Skaryfikacje powstają podczas obrzędów inicjacyjnych, a wzór nacięć oznacza przynależność do poszczególnych plemion. Oprócz nacięć, na twarzy często spotkać można tatuaże.

Oficjalnymi językami Czadu są Francuski i Arabski. Zarówno jednym jak i drugim językiem posługuje się wielu Czadyjczyków. Umożliwia to porozumiewanie się pomiędzy przedstawicielami różnych plemion. Co ważne, w całym kraju nawet w małych wioskach można spotkać osobę mówiącą po francusku choćby w podstawowym zakresie. Dlatego znajomość francuskiego (lub arabskiego) jest wielce wskazana tym, którzy udają się do Czadu. Angielski może się przydać, ale raczej incydentalnie.

Wizy

Najbliższa ambasada Czadu znajduje się w Berlinie, gdzie miesięczną wizę turystyczną można uzyskać korespondencyjnie w cenie 100 Euro (podobno można „wyprosić” w tej samej cenie 3-miesięczną wizę). Ambasada Czadu w Paryżu oferuje 3-miesięczną wizę za 70 Euro, a za 100 Euro uzyskamy wizę wielokrotnego wjazdu.

Oprócz wypełnienia formularza i okazania książeczki szczepień (żółta febra), potrzebne jest ZAPROSZENIE. My uzyskaliśmy je dzięki pomocy polskich misjonarzy.

Dojazd

Lotnisko w NDjamenieCzad obsługuje niewiele regularnych lotów rejsowych, a bilety niestety są stosunkowo drogie. Najwygodniejsze połączenie oferuje Air France, np. z Berlina do N’Djameny (od ok. 3900 zł w dwie strony). Nieco taniej (od ok. 3400 zł) można polecieć np. z Londynu lub Paryża liniami Ethiopian Airlines, ale lot jest z przesiadką w Addis Abeba i trwa przez to o dzień dłużej. Od niedawna do N’Djameny lata także Kenya Airways, jednak połączenie przez Nairobi jest najbardziej karkołomne ze wszystkich trzech i z pewnością nie najtańsze. Jeżeli mamy dużo czasu, to możemy nieco taniej dolecieć do sąsiedniego Kamerunu i zwiedziwszy ten kraj dotrzeć do Czadu drogą lądową.

Transport wewnętrzny

W czadyjskim autobusie

Czad posiada ok. 1500 km asfaltowych dróg. Szosą można dojechać przede wszystkim ze stolicy przez Bongor do Moundou, z Moundou do granicy z Kamerunem (Touboro), a także z Doba do Kumra. Prawdopodobnie ukończono już budowę szosy na odcinku Kumra – Sarh. Pozostałe drogi w Czadzie to ubite terenowe trakty, których część w porze deszczowej jest nieprzejezdna z powodu zalegające wody (okolice rzeki np. Logone na wysokości Lai i Kim).

Stacje benzynowe z prawdziwego zdarzenia widzieliśmy tylko w N’Djamenie. W pozostałych większych miejscowościach można spotkać nieczynne dystrybutory pamiętające czasy kolonialne, a paliwa sprzedawane tam są z kanistrów.

Najpopularniejszym i jednocześnie wygodnym środkiem transportu wewnątrz kraju są autobusy. Z N’Djameny dotrzemy w ciągu jednego dnia zarówno do Moundou (najpopularniejszy kierunek, cena 15 Euro) jak i do Sarh (23 Euro). W dzielnicy Dembé w okolicy targowiska przy głównej ulicy znajdują się stacje wszystkich kilku firm przewozowych. Najczęściej podróżuje się autobusami średniej wielkości zabierającymi ok. 20 pasażerów, a jeden z przewoźników na trasie do Moundou oferuje „normalny” duży autokar. Co ważne, każdy z pasażerów ma swoje standardowe miejsce i nikt nikogo nie upycha na siłę, jak to się dzieje np. w sąsiednim Kamerunie. Dodatkowo na dłuższych trasach pasażerowie otrzymują drobny poczęstunek – zimny napój w puszcze lub/i kanapkę. Bilet najlepiej zarezerwować dzień wcześniej. Pierwsze autobusy odjeżdżają 5.00-6.00 rano (obsługa każe się stawić godzinę wcześniej). Na wyjeździe ze stolicy autobus często jest zatrzymywany przez patrol żandarmerii na rutynową kontrolę – pasażerowie muszą opuścić na chwilę autokar.

Oprócz autobusów, na wielu trasach między mniejszymi miejscowościami kursują najróżniejsze pojazdy, tzw. taxi-brousse. Jeżeli chcemy udać się z N’Djameny na północ do Mao, musimy skorzystać z terenowego auta. Koszt tej podróży to 19 Euro.

Obowiązek meldunkowy

Na terenie Czadu dla obcokrajowców istnieje obowiązek meldowania się w każdej miejscowości o statusie min. suprefektury. Polega to na wizycie w biurze policji, gdzie urzędnik spisze nasze dane z paszportu oraz wypyta o cel podróży. Trwa to zazwyczaj nie dłużej niż pół godziny i prawie zawsze przebiega w życzliwej atmosferze. Tylko raz nam się zdarzyła próba wymuszenia łapówki (uprzejma acz stanowcza prośba o pokwitowanie przyczyniła się do odstąpienia od niecnych zamiarów komendanta).

Jeżeli nie mamy zamiaru zatrzymać się w miejscowości, nie musimy się meldować, nikt nas nie będzie ścigał. Jednak jeśli zatrzymamy się, np. żeby coś kupić, to zbiegowisko mieszkańców jakie swoim pojawieniem się z pewnością wywołamy nie pozwoli nam wyjechać niezauważenie. Dlatego najlepiej od razu skierować się na policję, a będzie to odebrane jako miły gest szanujący nie tylko prawo ale i obyczaj.

Zakwaterowanie

Nocleg w wiosce

Baza noclegowa na terenie całego kraju jest słabo lub bardzo słabo rozwinięta. Tym niemniej we wszystkich większych miejscowościach funkcjonują tzw. auberge, czyli niedrogie hoteliki. Słowo „niedrogie” ma tu znaczenie względne, gdyż średnia cena za nocleg dla jednej osoby wynosi ok. 65 zł. Można jednak się targować i za tą cenę mieliśmy w Bongor pokój 2-osobowy. Auberges służą zazwyczaj arabskim kupcom, podróżującym po kraju, bowiem turystów przez cały miesięczny pobyt w Czadzie nie spotkaliśmy wcale.

Dobrą alternatywą są noclegi w misjach katolickich, tzw. centre d’accueil. Ceny noclegów są podobne, ale warunki są nieco lepsze (czyściej, elektryczność całą dobę, woda bieżąca). Dla osób duchownych lub przez nich rekomendowanych – ceny w misjach katolickich ze zniżką 50%.

W stolicy Kraju Kanem – Mao nie ma misji katolickiej ani auberge. Zaproponowano nam nocleg w jednym z pokoi gościnnych w budynku muzeum.

Będąc w terenie można bez problemu poprosić o nocleg w każdej napotkanej wiosce – z pewnością znajdzie się dla nas miejsce, a dla miejscowych to wręcz zaszczyt. Myśmy sporadycznie korzystali z takiej opcji, 90% noclegów spędziliśmy w buszu pod namiotami, a w zasadzie moskitierami.

Jedzenie i napoje

Pączki

W dużych miejscowościach nie trudno o jedzenie, przynajmniej to afrykańskie. Warto jednak wiedzieć kilka rzeczy na ten temat. Posiłki w ulicznych jadłodajniach i barach są dostępne o określonych porach. Generalnie można przyjąć, że je się rano i wieczorem. Bary znajdują się najczęściej w okolicach dworców autobusowych. Na śniadanie niemal wszędzie można kupić mała pączki drożdżowe (bez nadzienia, jajek i cukru). Czadyjczycy jedzą je rano popijając arabską herbatą sprzedawaną z termosów lub gorącym i osłodzonym mlekiem. Te same pączki wieczorem je się z mięsem, maczając je w sosie. Pączki występują także w różnych odmianach – na bazie mąki z pszenicznej (najczęściej), z prosa, z fasoli, z ryżu. W większych miejscowościach dostępny jest chleb. W N’Djamenie najpopularniejsze są kiepskie bagietki (lekkie, mało treściwe, o wnętrzu przypominającym konsystencją watę). W innych miejscowościach można dostać o niebo lepsze, choć także białe pieczywo.

Popularnym posiłkiem jest sandwich z jajkiem lub z mięsem (0,75 Euro). W każdym miasteczku wieczorem można kupić mięso z grilla (0,75 – 1=2 Euro w zależności od wielkości porcji), podawane ze świeżą cebulą, sproszkowanym chili z solą lub równie pikantnym sosem. W miejscowościach leżących nad rzeką (Sarh, Bongor) zajadaliśmy się rybami z grilla. Najlepsze są słynne capitaine (wielki „dzwonek” za 1,5 Euro). W sklepikach (boutique) można kupić słodycze – ciastka, lizaki, cukierki, jednak wyraźnie ustępujące jakością tym, do których przywykliśmy w Europie.

W Czadzie polecam jeść lokalne owoce. W zależności od sezonu, są to mango (szczyt sezonu to wiosna, latem dostępne późne odmiany – nieco gorsze), papaya, banany, ananasy, arbuzy.

Capitaine

W każdej większej miejscowości można kupić słodkie napoje gazowane (sucrerie), w tym oczywiście coca-colę. W Czadzie, pomimo, że w kraju są silne wpływy muzułmańskie, piwo jest dostępne powszechnie. Należy jednak wiedzieć, że poza drogimi lokalami w stolicy, w miejscach gdzie się je, piwa nie dostaniemy – do tego służą bary (buvette), gdzie serwuje się wyłącznie napoje. Możemy jednak przynieść sobie do knajpki piwo z sąsiedniego baru i nikt nam złego słowa nie powie (ale uprzejmie jest zapytać o zgodę). Dostępnych jest kilka marek złocistego trunku. Najpopularniejsze to Gala, Castel i 33. Wszystkie w butelkach o pojemności 0,6 l, w cenie 0,90-1,20 Euro, a w lepszych lokalach ok 1,50-2 Euro. Piwo można także kupić w sklepie, z wyjątkiem miejsc prowadzonych przez wyznawców Allaha.

Woda mineralna w plastikowych butelkach jest dostępna w większych miejscowościach i kosztuje ok. 0,60 Euro/1,5l. Podobno kranówka w N’Djamenie jest bezpieczna (piliśmy ją i żyjemy), ale misjonarze ją filtrują. W Sarh natomiast kranówka jest zdecydowanie odradzana. W mniejszych miejscowościach oraz w niemal każdej wiosce istnieje powszechnie dostępna studnia głębinowa z ręczną pompą (a raczej nożną). Przez cały miesiąc korzystaliśmy właśnie z takiej wody bez żadnego dodatkowego jej uzdatniania – żyjemy i mamy się świetnie.

Niebezpieczeństwa

Największym niebezpieczeństwem czyhającym na podróżujących po Czadzie jest malaria. Szczęśliwie nikt z nas na nią nie zachorował, ale warto zaznaczyć, że wszyscy stosowaliśmy profilaktykę farmakologiczną (2 osoby Lariam i 2 osoby Malarone), spaliśmy zawsze w moskitierach i używaliśmy dobrych repelentów wieczorem i o świcie.

Należy także uważać co się je, choć i tak trudno uniknąć biegunki.

W N’Djamenie pod koniec pobytu czuliśmy się całkiem bezpiecznie (także w nocy), choć należy zachować zasadę ograniczonego zaufania. Zdarzają się kieszonkowcy (opis zdarzenia). W stolicy uważajmy też na fotografowanie – często jest to niemile widziane. Co innego na prowincji – tam ludzie bardzo chętnie pozują do zdjęć. Jednak zawsze warto najpierw zapytać o zgodę.

Internet

Tylko w N’Djamenie można liczyć na w miarę dobre połączenie w tamtejszych kafejkach internetowych. W Sarh też znajdziemy takie miejsca, ale jeśli będziemy chcieli przesłać oprócz tekstu jakieś zdjęcie, choćby 100 kb, to możemy mieć z tym poważny problem. Zdarzasię, że niektóre misje chrześcijańskie dysponują swoim internetem, szczególnie biskupi.


Pokaż Po prostu CZAD na większej mapie

<iframe width=”1280″ height=”720″ src=”http://www.youtube.com/embed/aIIs1gQjlbw” frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>

„Twarze Czadu” – portrety Kasi Falkowskiej:

Czad – zdjęcia





















Czarno-białe zdjęcia z podróży po Afryce Zachodniej

Baobaby i nie tylko (Mali)

Port w Mopti (Mali)

Na mieliźnie (Mali)

Rejs po Nigrze (Mopti-Timbuktu-Gao)

Libia – w ramach projektu „Afryka Nowaka” – 5.05.2009 – 8.01.2010

Wstęp

„Afryka Nowaka” to duży społecznościowy projekt podróżniczy, którego inspiracją stała się słynna podróż Kazimierza Nowaka do Afryki. Projekt zorganizowany jest w formie sztafety rowerowej, która możliwie jak najwierniej przemierza trasę wyznaczoną w latach 1931-1936 przez Nowaka. Szczegóły projektu oraz relację z jego przebiegu można znaleźć na portalu AfrykaNowaka.pl

Po powrocie z mojej wyprawy do Afryki Zachodniej, zostałem zaproszony przez pomysłodawców projektu do wzięcia udziału w „Sztafecie”. Przejechałem na rowerze cały odcinek libijski, uczestnicząc w dwóch pierwszych etapach całego przedsięwzięcia -  Uadi Tour i Przerzutka z Sahary (jako lider etapu). Szczegółowe relacje z etapów:

W miesięczniku ROWERTOUR (2/2010) ukazał się mój artykuł relacjonujący przebieg etapu Przerzutka z Sahary. Zapraszam do jego lektury:

Przerzutka z Sahary

Przerzutka z Sahary to II etap sztafety rowerowej, upamiętniającej postać i wyczyn Kazimierza Nowaka, który w latach 1931-1936 przejechał na rowerze kontynent afrykański. Nasza trasa rozpoczynała się daleko w głębi libijskiej Sahary, w miejscowości Al Aweynat, dokąd po miesiącu jazdy dotarła pierwsza ekipa Sztafety – Uadi Tour. Jadąc śladami naszego idola, mieliśmy do przebycia drogę biegnącą na wschód kraju przez Ubari, Murzuk, Zuillę aż do Timsah, gdzie dziś kończy się asfaltowa droga. Następnie czekała nas przeprawa saharyjskimi bezdrożami przez góry Harugi Białe i Harugi Czarne do oazy Al Fogha i dalej do Zellah. Stamtąd mieliśmy skierować się na północ aby przerzucić sztafetę z Sahary ku brzegom Morza Śródziemnego. Ostatnim odcinkiem miał być rajd wzdłuż wybrzeża Cyrenajki, do granicy z Egiptem. Łącznie do pokonania ok. 2400 km w 31 dni.

Uczestnicy

Uczestnicy

Anna Grebieniow – doświadczony podróżnik, lider znanego projektu Żaglowozem przez Pustynię Gobi, fotograf.

Fadel Dahi – pół-Mauretańczyk i pół-Senegalczyk, uczestnik obydwu etapów libijskich. Większość trasy przejechał na rowerze, tłumacz i doskonały kucharz.

Marcin Lajborek – teatrolog, kwatermistrz, kucharz i nawigator, autor .

Kasper Piasecki – student filmoznawstwa, operator filmowy naszego etapu

Hamid Saad – nasz libijski kierowca dwóch etapów i fantastyczny towarzysz.

Dominik Szmajda – uczestnik Uadi Tour i lider II etapu Przerztka z Sahary. Fotograf, etapowy mechanik rowerowy. Współwłaściciel wydawnictwa Sorus, które wydało książkę  Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.

Początek

Jako jeden z uczestników I etapu – Uadi Tour – byłem już nieźle wdrożony w temat prowadzenia bicykla po libijskiej ziemi. A że kraj ten z perspektywy rowerowego siodełka spodobał mi się niezwykle, to z tym większą przyjemnością przyjąłem moich podopiecznych, aby poprowadzić ich w II etapie. Symboliczne przekazanie sztafetowej pałeczki, a właściwie „Książeczki-Pałeczki” – jak nazywamy naszą książkę-kronikę, nastąpiło w Trypolisie. Tam bowiem na początku grudnia przyleciały Przerzutki z Sahary, a także stamtąd odlatywali do kraju moi towarzysze z I etapu – Piotr Sudoł i Zbyszek Sas.

Na początek musieliśmy dotrzeć do położonej 1400 km na południe od Trypolisu miejscowości Al Aweynat, gdzie czekały już na nas nasze żółte Brennabory.

Przed ruszeniem w dalszą drogę zmieniliśmy opony z terenowych na szosowe, przed nami bowiem 650 km odcinek asfaltową drogą na wschód. Rankiem 9-ego grudnia, przy pięknej słonecznej pogodzie i pod płaszczem bezchmurnego błękitnego nieba, cała nasza czwórka raźnie pedałowała na wschód, w kierunku najbliższej miejscowości – oddalonej o 220 km Ubari.

Trasa etapu „Przerzutka z Sahary”

W przeciwieństwie do składu Uadi Tour, nowi Przerzutkowicze nie mieli do tej pory poważniejszych doświadczeń w dziedzinie wypraw rowerowych. Jednak jednym z celów naszego projektu jest rozbudzanie pasji rowerowej wśród ludzi nie mających do tej pory okazji zmierzenia się z tą wspaniałą formą aktywności.

Skład drugiego etapu wyłonił się dopiero na 3 miesiące przed startem Sztafety, zatem Kasper i Marcin nie mieli zbyt wiele czasu na kondycyjne przygotowania. Jeszcze mniej czasu miała Ania, która w ostatniej chwili dołączyła do naszej ekipy. Tym niemniej trenowali zawzięcie, tyle, na ile im czas na to pozwolił.

Pierwsze trzy dni jazdy przypadły na bardzo dobre warunki – po płaskiej szosie, przy bezwietrznej pogodzie. Dbałem także o wystarczająco częste i długie przerwy w jeździe oraz nie forsowanie tempa na początku etapu. Pomimo to nie udało się uniknąć najgorszego – kontuzji.

Droga na wschód: Awaynat - Ubari

Po drugim dniu jazdy Marcin zaczął odczuwać ból w prawym kolanie. Kolejnego dnia ból był na tyle silny, że uniemożliwił mu dalszą jazdę. Na szczęście towarzyszył nam samochód, więc Marcin zamienił się miejscami z Fadelem, który w drugim etapie miał pełnić funkcję tłumacza, kucharza i częściowo filmowca. Zarówno Marcin, jak i my wszyscy, wierzył, że po kilku dniach odpoczynku kontuzja kolana sama ustąpi; jednak myliliśmy się. Resztę trasy Marcin spędził w samochodzie, u boku naszego kierowcy – Hamida, służąc nam pomocą jako kwatermistrz i kucharz – konkurując w tej materii z Fadelem, z czego korzystały podniebienia nas wszystkich.

Jeziora Ubari

W Ubari nieoczekiwanie dołącza do nas Mohammed – kierowca, który towarzyszył nam podczas pustynnej przeprawy na etapie Uadi Tour. Witamy go w bazie polskiej firmy Geofizyka Kraków, gdzie mamy okazję spędzić noc w bardzo komfortowych kontenerach (wygodne czyste łóżka, sterylne prysznice z ciepłą wodą, słowem – raj). Nazajutrz Mohammed zaproponował nam, a w zasadzie zaprosił nas na fakultatywną wycieczkę – do położonych nieopodal słynnych Jezior Ubari – znanych jako jedna z największych atrakcji libijskiej Sahary. Sami, na rowerach, nie bylibyśmy w stanie tam dotrzeć, ponieważ miejsce to dzieli od naszej drogi 20 km wydm.

Utknęliśmy na szczycie wydmy

Mohammed dysponuje jednak dużym terenowym samochodem, który jest w stanie zawieźć nas tam wszystkich. Takiej okazji nie wolno niewykorzystać. Z radością pakujemy wszystkie sakwy i wsiadamy do srebrnego LandCruisera. Rowery zostawiamy w pobliskim kempingu, będącym bazą wypadową do miejsca, z którego pochodzi zdjęcie na okładce naszego przewodnika Lonely Planet.

Mohammed postanawia urządzić nam emocjonujący rajd po wydmach. Wjeżdża na pełnych obrotach wyjącego silnika na ich szczyty, aby zjeżdżać z nich na wstecznym przy głośnych krzykach nas wszystkich. W pewnym momencie zawisamy na jednej z miękkich, piaszczystych grani na podwoziu i aby się uwolnić, musimy wszyscy odkopywać piach spod samochodu. Na szczęście po kwadransie udaje nam się osadzić auto z powrotem na kołach i zjechać w dół. Jadąc tym razem już pomiędzy wydmami, docieramy wkrótce  do miejsca, skąd rozpościera się widok iście bajkowy.

Raj na Saharze

Właśnie tak w dzieciństwie wyobrażaliśmy sobie idylliczne miejsca na Saharze: piaszczysta, pofałdowana dolina, z wyrastającymi spomiędzy niewysokich wydm pojedynczymi palmami, a pośrodku, w gęstniejących pióropuszach liści palmowych błyszczy się tafla wodnego oczka. Docieramy tam tuż przed zachodem słońca. Wychodzimy z auta, stajemy na piasku i chłoniemy każdą chwilę spektaklu natury. Gra ciepłych kolorów ostatnich promieni słonecznych wprawia nas w prawdziwy zachwyt. Chwilę później rozbijamy nieopodal obóz, i w blasku ogniska przygotowujemy wieczorny posiłek.Po kolacji, gdy chłód nocy daje o sobie znać, wchodzimy w śpiwory i kontynuujemy wieczór przy ognisku, do późnej nocy rozmawiając, żartując, paląc wonny tytoń nargilli, wreszcie czytając na głos listy Kazimierza Nowaka do żony. Tej nocy nie wchodzimy do namiotów – zasypiamy zapatrzeni w gwiazdy.

Przez Harugi

17 grudnia, tj. ósmego dnia naszej wyprawy, znów zakładamy nasze opony terenowe, aby nazajutrz rozpocząć w najbardziej oczekiwany przez nas etap pustynny. Podobnie jak Nowak, przejedziemy przez dwa pasma górskie Al Haruj – Harugi Białe i Harugi Czarne, jak nazwał je zuch Kazimierz.

Rowerem na piaskach. W tle Ania robiąca takie samo zdjęcie ;)

Jazda terenowa po Saharze jest nieporównywalnie trudniejsza od tej po zwykłej szosie. Koła naszych Brennaborów podskakują przy niemal metalicznym dźwięku uderzających o siebie kamieni. Innym razem mielą piasek pod zdradliwie cienką skorupą zaschniętego żwiru. Łańcuch, już solidnie zużyty po poprzednim etapie, rzęzi niemiłosiernie, pomimo częstego smarowania. Manetki przerzutek klikają bez przerwy. Unikanie przeszkód wymaga od nas nieustannej koncetracji.

Z drugiej strony pustynia wynagradza nasz wysiłek swym absolutnie czarującym pięknem. Kamienie, sprawiające wrażenie rozsypanych na jasnym miałkim żwirze, o rozmaitych barwach i kształtach, zdają się czekać, aż chętny schyli się po nie aby przyjrzeć się im z bliska. Zatrzymuję się uwiedziony fantastycznym, zupełnie białym, podobnym do kryształu soli kamieniem. Jest duży, wielkości melona, wklęsły z jednej strony, gdzie promienie słońca iskrzą się w bieli jego kryształków. Rozglądam się dookoła, jest kolejny, a kawałek dalej zupełnie inny, nie tak duży, za to czarny.

W stronę Harugów Białych

Gdy podnoszę go, okazuje się, że ten oszlifowany piaskem, poprzecinami szarymi żyłkami kamień, ma strukturę łudząco przypominającą kawałek drewna, niczym węgiel drzewny. Obracam go w dłoni i oglądam z zachwytem z każdej strony. Rozglądam się za pozostałymi rowerzystami, nieopodal widzę Anię, również z nosem przy ziemi, fotografuje z bliska inne, „swoje” kamienne skarby.Chciałoby się spędzić i pół dnia przy takim zajęciu. Ania żartuje, że gdyby ktoś jej za to płacił, to mogłaby tak pracować całe życie.

Jeszcze pierwszego dnia dotarliśmy do podnóży jasnych łupkowych gór, o pastelowych barwach, mieniących się różnymi odcieniami beżu, oliwkowej zieleni i różu. Dzieli nas od nich ok. kilometra przestrzeni usianej niewielkimi kopczykami kruchych skał. Próbujemy wjeżdżać na nie rowerami. Najpierw ostrożnie, nieśmiało, aby po chwili na pełnej prędkosci z wielką frajdą wjeżdżać na kolejne kopczyki. Urządzamy sobie z tego wspaniałą zabawę przypominającą skoki snowboardzistów w snowparku.

Kamień na piasku

Kolejnego dnia docieramy do oddzielonych kilkudziesięciokilometrową zupełnie płaską hammadą Harugów Czarnych. Musimy posuwać się zachodnim skrajem, który stanowi kilkumetrowy nasyp usiany czarnymi kamieniami różnej wielkości, przypominającymi strukturą pumeks.

Po kolejnych dwóch ciężkich dniach zmagań z grząską powierzchnią hammady docieramy do oazy Al Fogha.


Medina

Instalujemy się na stacji benzynowej, aby w spokoju dokonać wszystkich potrzebnych regulacji i napraw sprzętu rowerowego. Al Fogha okazała się bardzo miłym miejscem. To zaciszna miejscowość, na której kończy się szosa łącząca Al Foghę z resztą kraju od zachodu. Co ciekawe, 115-km odcinek tej drogi został wybudowany w 1994 r. przez polską firmę.

Udajemy się 2 km za miasto, aby dotrzeć do starej części tej oazy. Okazuje się, że dawna Al Fogha jest przepięknie ulokowana w szerokim kanionie piaskowych skał. Z zapartym tchem przejeżdżamy obok starej opuszczonej mediny na sąsiednim wzgórzu, której gliniaste mury złocą się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Zostawiamy rowery nieopodal przy palmowym gaju, i spiesznie ruszamy do pozostałości starego miasta z aparatami i kamerą, aby utrwalić piękno tego miejsca. Początkowo razem, po czym każdy z osobna, spacerujemy po ruinach gliniastych zabudowań. W pewnym momencie Ania woła wszystkich w jedno miejsce, skąd dochodzi rozpaczliwe kwilenie młodego psa. Okazuje się, że głos ten dochodzi z przykrytej dużym kamieniem studni. Odsłaniamy kamień i ledwie dostrzegamy malutkiego szczeniaka na dnie ok. 8-metrowej wąskiej dziury…

Dla Ani, która jest wielkim miłośnikiem zwierząt, staje się oczywiste, że trzeba go z tamtąd natychmiast wydostać. Ale jak??? Godzinę później, wszyscy wraz z Abdul Karimem i poznanymi na stacji benzynowej ludźmi, otaczamy otwór studni radząc, jak wydostać nieszczęśnika. Piesek mógł tam wpaść się przez szparę między przykrywającymi właz kamieniami. Mógł także dostać się w to miejsce z wielu innych podobnych studni, które są połączone ze sobą tworząc sieć kanałów pod całym obszarem zabudowań mediny. Działać trzeba było szybko. Wielokrotnie spuszczamy na lince od plandeki Hamida jeden z plecaków, umieszczając na jego dnie przynętę w postaci jedzenia. Następnie ponawiamy próby wyciągnięcia szczeniaka przy pomocy sakwy rowerowej – bezskutecznie. Malec robi się coraz bardziej ospały, wykończony dramatyczną walką o życie. W pewnym momencie Ania – będąc świeżo po kursie ratownictwa, decyduje się na próbę zejścia na dno studni. Niestety okazuje się, że jej ściany są bardzo sypkie, i nie bardzo można bezpiecznie się o nie zaprzeć. Natomiast linka Hamida, a także kolejna, którą przynoszą w międzyczasie lokalni pomocnicy, wydają się zbyt niepewne, żeby im zaufać i pozwolić się przy ich asekuracji opuścić na dno głębokiej i ciasnej studni.

Medina tuż po uratowaniu

Ania wychodzi na powierznię i ponawiamy próby wydostania psa z opresji – tym razem przy pomocy starego wiadra. Ania wraz z Marcinem mocują do niego dwie linki w różne miejsca, aby łatwiej sterować wiadrem na dnie studni. Ostatecznie po trzech godzinach nieustannych prób, udaje im się „nabrać” pieska wiadrem i wyciągnąć go na powierzchnię przy okrzykach radości i triumfu! Ok. 1-miesięczne szczenię, całe pokryte kurzem, z posklejoną sierścią błotem, okazuje się być suczką, i natychmiast zostaje ochrzczone imieniem Medina. Hamid z miejsca deklaruje, że zatrzyma ją przy sobie, zatem od tego momentu skład Przerzutki z Sahary poszerza się o nowego członka! Witamy!!!

Wigilia na Marsie

Końcówka kolejnego ciężkiego dnia jazdy przez pustynię (fot. Ania Grebieniow)

Drugi etap naszej przeprawy terenowej wiódł do miasta Zellah, przez Harugi Czarne. Jadąc z Al Fogha na wschód, już po 10 km docieramy do podnóża tych niezwykłych gór. Ich skraj przypomina powiększony do makroskali brzeg asfaltowej drogi. Tworzy ją czarny, kilkumetrowej wysokości jęzor skały magmowej. Wdrapujemy się na niego, a naszym oczom ukazuje się zupełnie niezwykły, iście marsjański pejzaż: po horyzont morze zastygłej lawy, czarnej jak węgiel, spękanej, poprzecinanej licznymi szczelinami. Gdzieniegdzie, pomiedzy skałami utworzyły się jasne piaszczyste wgłębienia, niczym wypełnione prawie białym piaskiem dna stawów, a także większe, przypominające jeziora. W nich zielenieją drobnolistne pojedyncze drzewka akacji. Z kolei patrząc ze skraju skarpy na hammadę, mamy wrażenie jakbyśmy znajdowali się na skalistym brzegu morza. Taki oto pejzaż wykształciła przed wiekami erupcja oddalonego o kilkadziesiąt km stąd wulkanu. Najprawdopodobniej to właśnie te okolice były miejscem mrożących krew w żyłach przeżyć, które Kazimierz Nowak opisał w 6 rozdziale książki Rowerem i Pieszo przez Czarny Ląd. Błądząc długo w labiryncie szczelin, natrafił na ślady ludzkich stóp, które go zaprowadziły do jaskini… z trzema ciałami martwych nieszczęśników…

Harugi Czarne

Marsjański pejzaż w Harugach Czarnych

My nie możemy sobie pozwolić na zgubienie się w górach, dlatego posuwamy się wzdłuż ich północno-zachodniej krawędzi, i tylko raz po raz zapuszczamy się nieco głębiej, aby znaleźć ciekawe miejsce na wieczór wigilijny. W końcu decydujemy się na niewielką dolinkę z jednym dużym i jednym całkiem małym drzewkiem akacji na jej środku. Na dużym wieszamy jedną girbę – jak nazywamy nasze elastyczne bukłaki na wodę, służące nam także za prysznic. Drugie – mniejsze drzewko posłuży za choinkę. Kolczaste drzewko przyozdabiamy owocami, a także przywiezionymi z Kraju drewnianymi aniołkami. Blasku choince dodają błyszczące wieczka puszek od konserw. W czasie gdy Ania wraz z Hamidem stroją drzewko, pozostali przygotowują wigilijne dania. Mnie w udziale przyszło lepienie pierogów. Jako stół wykorzystuję maskę naszego auta, a wałkiem zostaje duży słoik po oliwkach. Marcin robi wspaniały farsz z ziemniaków, cebuli, sera feta i przypraw, Kasper i Fadel pomagają mi przy klejeniu pierogów.

Gdy już po zmroku mieliśmy zasiadać do wigilijnego stołu, na pobliskim kamienistym szlaku pojawił się terenowy samochód. Tu na Saharze każdy kierowca, gdy widzi innych ludzi zwyczajowo zatrzymuje się, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie potrzebują jakiejś pomocy.

Tuareski św. Mikołaj

Tak było i tym razem. Rzecz jasna, że zaprosiliśmy kierowcę i pasażera na Wigilię. Widząc nas w tym miejscu, z rowerami z przyczepkami, siedzących przy drzewku akacji ubranym w różne przedmioty, w tym także jadalne, z biegającym dookoła szczeniakiem z fosforyzującymi szelkami, musieli być naprawdę zaskoczeni. Najpierw, wokół ogniska odśpiewaliśmy kolędę, a następnie podzieliliśmy się ze wszystkimi lokalnym okrągłym chlebem, składając sobie życzenia. Nasi goście oprócz  pierogów, mieli okazję spróbować także czerwonego barszczu i kompotu. Ci dwaj mieszkańcy pobliskiego Zellah, do którego się wybieraliśmy, wdzięczni za takie przyjęcie, zaprosili nas do skorzystania z ich gościny, gdy będziemy przejeżdżać przez ich miejscowość. Tego wieczoru trudno było nam przewidzieć, w jak niezwykły sposób potoczą się dalsze losy tej znajomości.

To był on!

Z tego miejsca Kazimierz Nowak w 1931 r. zrobił zdjęcie oazy Zellach (fot. Ania Grebieniow)

Gdy po dwóch dniach dotarliśmy do Zellah, zadzwoniliśmy do Hameda – jednego z naszych niespodziewanych wigilijnych gości. Zaprosił nas natychmiast do siebie. Okazało się, że trafiliśmy na nie byle kogo – rodzina Hameda należy do jednego z najważniejszych rodów w tym mieście. Mieliśmy do dyspozycji wydzieloną część jego will

i z osobnym wejściem i łazienką. Cały wieczór spędziliśmy na opowieściach o Harugach. Hamed zna je doskonale, w wolnym czasie często wraz z przyjaciółmi poluje tam na gazele. Pokazuje nam zdjęcia i filmy nakręcone komórką. Jest też bardzo zainteresowany historią Kazimierza Nowaka. Gdy pokazujemu mu książkę, natychmiast rozpoznaje na s. 46 pejzaż Zellah. Choć miasto od tamtego czasu zmieniło się znacznie, to Hamed rozpoznaje okolicę po układzie pagórków, a nawet poszczególnych drzew palmowych.

Salah Ali Badran (fot. Ania Grebieniow)

Salah Ali Badran (fot. Ania Grebieniow)

Nazajutrz rankiem, gdy zabieraliśmy się za serwisowanie naszych rowerów, Hamed prowadzi do nas pewnego pa

na w sędziwym wieku. Choć zgarbiony i podpierający się laską, jednak podchodzi do nas żwawym krokiem. Hamed przedstawia go nam jako swojego wujka – Salah Ali Badran, który… pamięta Kazimierza Nowaka!!! Natychmiast biegnę po książkę Rowerem i pieszo… i podaję ją staruszkowi. Ten spojrza

wszy na okładkę promienieje uśmiechem i wykrzykuje: tak! To był on! Ten 84-letni dziś człowiek żywo opowiada o naszym bohaterze, który zatrzymał się w Zellach, gdy Salah miał zaledwie 8 lat. Mimo to zapamiętał zadziwiająco wiele z tego wydarzenia. Opowiada nam, że cała lokalna społeczność była bardzo poruszona przybyciem Nowaka do Zellah. Nikt nie mógł uwierzyć, jak ten samotnie podróżujący człowiek mógł przeżyć wielodniową wędrówkę po Har

ugach, i pomimo zbłądzenia i skrajnego fizycznego wyczerpania, ostatecznie dotarł do ich oazy.

4 kwietnia 1932 pisał K. Nowak do żony: „5 długich dni [od 31marca do 4 kwietnia 1

932 – przypis D.Sz.] spędziłem wśród pustyni – choć to nie nowość dla mnie – ale pustynia pustyni nierówna! Z tych pięciu dni dwa pierwsze ciężkie były nad siły ludzkie , trzy dalsze konałem. Taka przeokropna śmierć, której na imię „Pragnienie” zwaliła z nóg – mocz własny piłem; wkopywałem się w piasek za życia, aby nie zostać spalonym przez piekielne słońce …” I pisze dalej: „Chwil dopiero parę jak uratowałem życie – jak spalony gorączką pragnienia, osłabiony głodem,  resztki sił zużyłem aby dotrzeć do zieleni oazy, gdzie ratunek znalazłem i serdeczne przyjęcie”.

Nowak  dotarł do oazy porzuciwszy bagaż na pustyni. W liście do żony z Zellah 5 kwietnia 1932 Nowak pisze:„wrócił patrol, który wczoraj wysłał Kapitan i przywiózł mój bagaż [...] i znowu mam wszystko przy sobie

K. Nowak opuścił gościnne Zellah 12 kwietnia 1932 r.

Salah podkreślał także to, że zapamiętał Nowaka jako człowieka bardzo inteligentnego, władającego świetnie zarówno włoskim jak i arabskim. Rozmawiał ze wszystkimi, był samodzielny, znał się na wielu rzeczach, czym budził powszechny podziw.

Pan Salah (w środku na siedząco) ogląda książkę Nowaka. Od prawej: Fadel, Hamed - nasz gospodarz, z lewej stoi jego ojciec

Słuchaliśmy tej opowieści z niedowierzaniem i wzruszeniem, bowiem w najśmielszych marzeniach nie przyszło nam do głowy, że kiedykolwiek

przyjdzie nam spotkać się twarzą w twarz z człowiekiem, który osobiście poznał naszego patrona. Salah był równie wzruszony jak my i powtarzał, jak bardzo jest szczęśliwy z powodu tego spotkania. Dopytywał nas także o szczegóły dalszej wędrówki Nowaka po Afryce, a gdy opowiedzieliśmy mu w skrócie o wyczynie, jakiego nasz Kazik dokonał w swoim życiu, staruszek kiwał głową z zachwytem. Bez wątpienia to poruszające spotkanie było najważniejszym wydarzeniem całej naszej podróży przez Libię.

Cyrenajka

Końcówkę starego i początek Nowego Roku zaczęliśmy od przyjazdu do drugiego po Trypolisie miasta Libii – Bengazi. Zostaliśmy tam ugoszczeni przez tamtejszych skautów, których starszyznę poznaliśmy jeszcze w Gadamesie podczas pierwszego etapu. Wśród nich był znany już nam Dr Fathi Beayou, mówiący dobrze po polsku, a także Pan Abdelbari M. Elesawy, którzy zorganizowali nam w ostatni dzień roku spotkanie z dziennikarzami z lokalnej prasy.

Bengazi - nabrzeże

W nowy rok do naszej sztafety dołączyło trzech bengaskich skautów, którzy wraz z nami spędzili kolejne dwa dni. Pokonaliśmy wspólnie na rowerach (częściowo na naszych a częściowo na jednym ich) ok. 140 km, docierając wybrzeżem Cyrenajki do ruin starożytnej Ptolemei. W ich towarzystwie spędziliśmy niezapomniany wieczór, którego przewodnim motywem było wspólne śpiewanie z akompaniamentem  gitary piosenki My Cyganie. Jej refren nasi libijscy towarzysze spisali sobie skrupulatnie na karteczkach – oczywiście w języku arabskim. Porwani wspaniałą atmosferą zabawy odśpiewaliśmy go bodaj 40 razy pod rząd.

Wybrzeże Cyrenajki to zupełnie inna Libia, różniąca się pod względem pejzażu i klimatu diametralnie od tej, którą znaliśmy do tej pory. Gdy wjechaliśmy serpentynowym podjazdem na masyw gór Jebel Al.-Akhdar, znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Góry Zielone nie tylko z nazwy. Otaczająca nas soczysta zieleń krzewów, traw i lasów sprawiała, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy nie w Libii, lecz gdzieś w Europie, może w Irlandii czy Szkocji. Z całą pewnością wiedzieliśmy, że przeskoczył sztafetowy łańcuch na geograficznej zębatce. Oto dokonała się nasza Przerzutka z Sahary.

wybrzeże Cyrenajki

Przed nami jeszcze kilkaset kilometrów jazdy wybrzeżem, słynącym z ruin licznych starożytnych miast, w tym najważniejszym – Cyrene. Mamy także okazję zobaczyć zapierający dech w piersiach wąwóz Uadi Al Kuf. Jego porośnięte roślinnością potężne zbocza przypominają nam znane doliny naszych Tatr.

Powoli kończyła się nasza libijska przygoda. Czas było zdążać ku granicy z Egiptem, aby przekazać pałeczkę czekającej tam już na nas kolejnej ekipie.Na granicę libijsko-egipską dotarliśmy 8 stycznia. A 9 stycznia rano przekazaliśmy  pałeczkę „Afryki Nowaka” uczestnikom etapu 40 wieków plus dwa (kółka). Ich relację już teraz można śledzić na naszym portalu www.afrykanowaka.pl, a na podsumowanie egipskiego etapu zapraszamy wraz z kolejnym numerem RowerTour.

Przerzutka z Sahary w liczbach

Czas – 31 dni

Dystans całkowity – 2420 km

Dystans przejechany na rowerach – 1880 km

odcinek okolice Maradah – Bengazi (540 km) przejechaliśmy samochodem, aby nadrobić kilka dni zaległości z I etapu Uadi Tour.

Dystans na odcinku terenowym (po bezdrożach Sahary) – 445 km

Najdłuższy przejazd dzienny – 152 km

Informacje praktyczne dla saharyjskich cyklistów

  1. Czas – na Saharę najlepiej wybrać się w okresie listopad-styczeń, gdy temperatury w ciągu dnia są znośne, a burze piaskowe stosunkowo rzadkie.
  2. Rowery – w terenie pustynnym układ napędowy dostaje porządnie w kość. Łańcuch zużywa się szybko, wymaga też częstego smarowania. Sprawdzają się szerokie kewlarowe opony z agresynym bieżnikiem. Na piaszczystym terenie skuteczna jazda tylko przy bardzo niskim ciśnieniu – poniżej 1 Bar. Jednak wtedy łatwo uszkodzić dętkę na kamieniach. W terenie mieszanym konieczny „ciśnieniowy” kompromis.
  3. Ubiór – doskonale sprawdzają się koszulki z nowoczesnych materiałów z bakteriostatycznym włóknem. My mieliśmy koszulki Thermo Meryl® Skinlife od firmy Nowatex. Nosiliśmy je na okrągło i faktycznie  nie dawały żadnego zapachu. W wietrzne dni, których nie brakowało, świetnie spisywały się kurtki przeciwwiatrowe z oddychającego i odprowadzającego wilgoć materiału. Krótkie spodnie w kulturze arabskiej nie są dobrze widziane. Sprawdzają się luźne i elastyczne, z kieszeniami, z szybkoschnących materiałów. Na chłodny wieczór bluzy typu windstoper, choć ostatecznie wszyscy okrywaliśmy się ciepłymi śpiworami. Najlepszym okryciem głowy jest czapka ze sztywnym daszkiem. Na nogi warto mieć sandały i niskie buty trekkingowe.
  4. Pozostały sprzęt. Woda na pustyni jest najważniejsza. Doskonale sprawdziły się zwijane 10-litrowe bukłaki MSR, które można łatwo upakować w sakwie. Oprócz dwóch rozmiarów zakrętki, mają też wygodny „dzióbek” pełniący funkcję kranika. Do przygotowania posiłków najlepsza jest kuchenka benzynowa. Choć jej uruchomienie wymaga kilka minut pracy, to płomień jest wytrzymalszy na wiatr od gazówki i wodę zagotować można stosunkowo szybko. Tym niemniej nasza, po miesiącu intensywnego użytkowania, odmówiła współpracy. Radziliśmy sobie całkiem nieźle gotując na żarze z ogniska. Pamietać o zbieraniu drewna po drodze! Pozostały sprzęt biwakowy możliwie jak najlżejszy i zabierający niewiele miejsca w sakwach. W ciepłym puchowym śpiworze można spać pod gołym niebem, ale w wietrzne noce namiot jest niezbędny. Maty samopompujące dają duży komfort, ale łatwo je przebić i trudno naprawić. Dlatego lepsza jest zwykła karimata.

Afryka Zachodnia – 12.11.2008 – 13.03.2009

Zapraszam do przeczytania opisu mojej samotnej wyprawy rowerowej do Afryki Zachodniej.

Podróż ta była spełnieniem moich długoletnich marzeń o długiej samotnej wędrówce po egzotycznych krajach. Dzięki kilku ważnym wydarzeniom w moim życiu, udało mi się w końcu zorganizować wyprawę do Afryki.

Miło mi donieść, że na tegorocznych Ogólnopolskich Spotkaniach Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów „KOLOSY” w Gdyni, Kapituła przyznała mi za tę podróż wyróżnienie w kategorii „Podróż Roku 2009”.

Podczas całej 4-miesięcznej podróży prowadziłem blog, w którym szczegółowo opisałem całą wyprawę.

Poniższy tekst stanowi treść mojego artykułu opisującego wyprawę dla miesięcznika podróży rowerowych ROWERTOUR (06.2010). Zapraszam do lektury!

Trasa mojej wyprawy. Autor mapki - Mariusz Mamet, dla Rowertour

Jak do tego doszło

Nigdy nie byłem wielkim fanatykiem roweru. Najpierw był pomysł na podróż, rower pojawił się później.

O dalekiej i długiej podróży marzyłem od lat, a dokładnie od lat dziesięciu, kiedy to wróciłem z mojej pierwszej i tak naprawdę jedynej dalekiej włóczęgi. Zaraz po studiach, wspólnie z moim przyjacielem Mariuszem Grajewskim, pojechaliśmy drogą lądową do Indii. Był to typowy tramping z wszystkimi atrakcjami takich wyjazdów: wielka przygoda, doświadczanie egzotyki poznawanych kultur i docieranie do miejsc znanych wcześniej tylko z lektury przewodnika. Jednak najlepiej z tego wyjazdu wspominam liczne znajomości zawarte na trasie. Co ciekawe, spośród poznanych ludzi, najlepiej zapisali się w mojej pamięci ci podróżujący samotnie. Coś w tym jest, że jak się podróżuje samemu, to łapie się najlepszy kontakt z innymi i tak naprawdę samemu w podróży się tylko bywa. A jaka swoboda w decydowaniu!

Przez wiele kolejnych lat wspominałem naszą wyprawę do Indii, marząc jednocześnie o kolejnej, podobnej eskapadzie. 2-3 tygodniowe wypady (Tajlandia, Kambodża, Kuba), na jakie pozwalała praca na etacie, tylko podsycały mój apetyt na naprawdę długą i ciekawą podróż. Musiało wiele rzeczy się pozmieniać w moim życiu, aby marzenie stało się realnym planem.

okładka książki - mojej inspiracji do odbycia podróży właśnie rowerem, właśnie do Afryki...

Wielką inspiracją, co do kierunku i formy mojego wyjazdu, miała praca nad pewną książką. W 2007 roku zacząłem pracować w rodzinnej firmie – wydawcy książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd Kazimierza Nowaka. Zajmowałem się przygotowaniem fotografii i mapek do książki. Historia tego niezwykłego, przedwojennego podróżnika wciągnęła mnie ogromnie. Wcześniej Afryka nie pociągała mnie tak bardzo. Myślałem raczej o wyjeździe do Azji lub Ameryki Południowej. Jednak niezwykły, przejmujący wręcz sposób, w jaki Nowak opisywał Czarny Ląd, skutecznie podziałał na moją wyobraźnię. Zapragnąłem pojechać do Afryki. Rowerem!

Przygotowania

Z rowerem wcześniej niewiele miałem do czynienia, a już na pewno nie z wyprawami rowerowymi. Miałem starego, 14-letniego „górala”, który większość swojego życia przeleżał w garażu moich rodziców, a przez ostatnie dwa lata jeździłem nim do pracy – niecałe 4 km. Zdecydowałem, że właśnie na nim pojadę do Afryki. Nie chciałem kupować dobrego, nowego roweru. Obawiałem się bowiem, czy podołam trudom takiej podróży, zarówno w sensie fizycznym, jak i technicznym. O mechanice rowerowej pojęcie miałem raczej mgliste. A tak, w razie awarii sprzętu, porzucenie starego roweru nie byłoby wielką stratą.  Poza tym, wyprawa z założenia, miała mieć charakter niskobudżetowy. Zawsze większym uznaniem darzyłem wielkie dokonania podróżnicze, osiągane dzięki umiejętnościom i hartowi ducha, a nie kupie pieniędzy wydanej na sprzęt i wygody w podróży.

Na lotnisku w Berlinie - mój rower, bagaż i ja

Tym niemniej wymieniłem cały napęd (korby z suportem, wieloryb wolnobiegu i łańcuch) oraz poszperałem trochę w Internecie, aby nauczyć się podstawowych napraw sprzętu. Specjalistów wolałem się nie radzić. Wystarczy, że niektórzy moi znajomi usłyszawszy o moich planach, z niedowierzaniem pytali: tym gratem?! Szczęśliwie, podczas całej 4-miesięcznej wyprawy, nie przydał mi się ani klucz do szprych, ani nawet skuwacz do łańcucha. Przydała się natomiast pompka, łatki i klej, oj przydały…

Trasa

Postanowiłem pojechać do Afryki Zachodniej. Co prawda Kazimierz Nowak nie zawitał w te strony, ale mi ten wybór wydał się najbardziej odpowiedni: kraje nadzwyczaj ciekawe, a przy tym łatwość dotarcia z Europy, stosunkowo duże bezpieczeństwo no i powszechność języka francuskiego, w którym czuję się całkiem pewnie.

Spakowałem swojego dwukołowego rumaka w karton i poleciałem samolotem do Casablanki. Dopiero na tamtejszym lotnisku po raz pierwszy załadowałem na niego wszystkie sakwy wypełnione całym bagażem. Gdy wsiadłem na tak obładowany rower, odniosłem wrażenie, że ten za chwilę powygina się pod ciężarem, a moja podróż rowerem skończy się najdalej po kilkudziesięciu kilometrach. Potem, z tym większym uznaniem patrzyłem na mojego stalowego druha, gdy kolejne tysiące kilometrów pojawiały się na liczniku.

Jednak na początku czułem się bardzo niepewnie. Najpierw miałem do pokonania niemal całe wybrzeże atlantyckie Maroka, wraz z terytorium Sahary Zachodniej, czyli ponad 2000 km. Odcinek ten, choć ciekawy, traktowałem jednak tranzytowo. Zależało mi bowiem na tym, aby możliwie jak najszybciej dotrzeć do Mauretanii. Chciałem zdążyć dotrzeć tam przed harmatanem – wiatrem unoszącym mgłę lotnego piasku znad Sahary. Wiatr ten tłumi wszelkie kolory krajobrazu, nadając wszystkiemu beżowo-pomarańczową dominantę. A ja  bardzo liczyłem na zrobienie pięknych pocztówkowych zdjęć na Saharze w Mauretanii! Trzeba było się spieszyć…

Trening Maroko

Liczne podjazdy na trasie z Safii do Essaouiry dały mi się ostro we znaki

Trasa wzdłuż wybrzeża Maroka była moim treningiem, egzaminem wydolnościowym. Liczne podjazdy na trasie z Safii do Essaouiry dały mi się ostro we znaki. Nie raz zsiadałem z roweru aby go pchać pod górę, odpoczywając co kilkanaście kroków. Dostałem solidnie w kość. A najgorsze było dopiero przede mną – słynne nadmorskie serpentyny z Essaouiry do Agadiru. Poważnie rozważałem odesłanie do Polski ciężkiego sprzętu fotograficznego, który wraz ze statywem i wielkim termosem z filmami wypełniał praktycznie całą tylną sakwę i ważył dobre 8 kg.

Marokańskie śniadanie

Jednak trening czyni mistrza. Drogę, której obawiałem się najbardziej, pokonałem bez większych problemów. Od tego momentu poczułem się pewniej i tym samem mogłem zacząć  czerpać prawdziwą przyjemność z podróżowania.










Spotkania

Z miasta Tiznit w południowym Maroku odbiłem z głównej drogi w kierunku wybrzeża do miejscowości Sidi Ifni. To bardzo malownicza okolica. Aż dziw, jak niewielu turystów tam dociera.

Tego dnia spotkałem parę Holenderskich cyklistów – Arie i Willy. No moje oko, oboje około 70-tki,  nie przeszkadzało im to jednak w sprawnym pokonywaniu tutejszych górek z kompletem sakw na bagażnikach. Porozmawialiśmy chwilkę. Oboje cały czas z uśmiechem na twarzach, myślami byli już przy kolejnej rowerowej eskapadzie, tym razem po Nowej Zelandii. Pożegnaliśmy się życząc sobie wzajemnie powodzenia. Z nieustającym podziwem zjeżdżałem z góry, której stromy podjazd dopiero co pokonali holenderscy cykliści-emeryci.

Clement i Thomas (od lewej)

Ale to nie ostatnie rowerowe spotkanie tego dnia. Godzinę później zatrzymałem się na krótki posiłek, a gdy zbierałem się do dalszej jazdy, dobili do mnie Thomas i Clement – dwaj młodzi Francuzi. Dokąd jadą? Na południe. Do Mauretanii. Do Dakaru. Stamtąd samolotem do Buenos Aires. Dalej rowerami do Limy i samolotem do Bangkoku. I tak dalej. Jadą w podróż dookoła Świata.

Jako, że nasza droga wiodła w tym samym kierunku, pojechaliśmy dalej razem. Pierwotnie mieliśmy wspólnie spędzić 1-2 dni. Chłopaki spieszyli się bardziej ode mnie, w miastach nie zatrzymywali się w ogóle. Spali wyłącznie pod namiotem, a zamiast pić mineralki, filtrowali zwykłą kranówkę. Za to wieczorne posiłki celebrowali iście po francusku – pieczone warzywa i mięso, sery, przyprawy, jogurty… Po kilku wspólnie spędzonych dniach, a szczególnie wieczorach, było już jasne, że całą trasę, aż do granicy z Mauretanią, pokonamy wspólnie.

Wybrzeże Sahary Zachodniej to wielkie płaskie przestrzenie, gdzie zawsze wieje silny wiatr. Mieliśmy dużo szczęścia – wiało w kierunku południowym, czyli najczęściej w plecy. Podobno kierunek wiatru zmienia się tam tylko dwa razy w roku.

Przez Saharę Zachodnią

Jadąc z wiatrem w ogóle się go nie odczuwa. Dopiero zatrzymując się na postojach zakładaliśmy kurtki chroniąc się przed jego chłodnymi podmuchami. Pewnym problemem było także znalezienie miejsca na nocleg. Co prawda przestrzeni na rozbicie namiotu na pustyni nie brakuje, ale żeby ugotować cokolwiek, trzeba znaleźć miejsce osłonięte od wiatru. W tym celu wykorzystywaliśmy resztki murowanych domków rybaków lub straży granicznej, rozsianych wzdłuż drogi co kilkadziesiąt kilometrów. Jednak najmilej wspominam nasz nocleg w niewielkiej grocie skalnej, wpasowanej w wysokim stromym klifie, kilkadziesiąt metrów nad wielką pustą plażą. Tego wieczoru nie rozbijaliśmy namiotów – rozłożyliśmy karimaty w piaszczystej niecce groty. Pamiętam, że czuliśmy się niczym w kinie, zasłuchani w szum fal, w milczeniu oglądając spektakl natury z pomarańczową tarczą słońca tonącą w Oceanie.


Sam – nie sam

Z chłopakami rozstaliśmy się w pierwszej miejscowości w Mauretanii – Nouadhibou. Thomas i Clement pojechali wzdłuż wybrzeża dalej na południe, w kierunku Dakaru. Nasze spotkanie miało jednak swój miły epilog: 10 miesięcy później, gdy Francuzi wracali przez Rosję i Europę Wschodnią do swojego kraju, dołączyłem do nich w Polsce. Przejechaliśmy wspólnie trasę z Białegostoku do mojego rodzinnego Poznania.

Wróćmy jednak do Mauretanii. Miałem plan, żeby pojechać w głąb Sahary słynnym pociągiem towarowym wożącym rudę żelaza z kopalni w dalekim Zouerat.

Oprócz Christiana i mnie, w wagonie jechał z nami młody Malijczyk - do pracy w kopalni

Wtedy pomyślałem sobie, że żarty się skończyły, teraz będę jechał już zupełnie sam i to na Saharę! Co prawda właśnie tak to sobie zawsze wyobrażałem – chciałem sprawdzić jak to jest, podróżując samemu po odludnych miejscach. Z jednej strony nasłuchałem się na ten temat ciekawych rzeczy, m.in. z relacji Marka Kamińskiego, który opowiadał, że człowiek w samotności doznaje niecodziennych wrażeń. Z drugiej strony po prostu chciałem się sprawdzić, tak po męsku.

W tanim hoteliku dla obieżyświatów w Nouadhibou poznałem kilka ciekawych osób, których trasy wędrówki nie raz podczas tej wyprawy miały skrzyżować się z moimi. Jadną z tych osób był Cristian – młody chłopak ze Szwajcarii. Dojechał do Nouadhibou dzień po naszym przyjeździe – także na rowerze. Co więcej, dalej wybierał się na tą samą trasę co ja. Tak więc do węglarki pociągu transsaharyjskiego weszliśmy razem i następnie razem pokonaliśmy terenowy odcinek z Choum do Ataru. Nie zdążyłem się nauczyć obsługi mojego gps’a. Cristian, jako doświadczony cyklista wyprawowy był świetnie przygotowany – miał swój gps z wgranymi punktami na trasie, o nic nie musiałem się martwić.

Odcinek Choum - Atar

Po dwóch dniach przeprawy terenowej bezpiecznie dotarliśmy do Ataru – bazy wypadowej do turystycznego regionu saharyjskiego Adrar. Cristian bardzo się spieszył, chciał możliwie jak najpełniej wykorzystać krótki urlop, więc jeszcze tego samego dnia popołudniu ruszył dalej. Ja natomiast, zgodnie z założeniami, rozkoszowałem się swobodą, jaką daje podróż zaplanowana na kilka miesięcy. Zostałem w Atarze na dzień dłużej, i dalej ruszyłem późnym popołudniem następnego dnia.

Do Chinguitti pod wiatr

Miałem w planach dotarcie do owianych legendami oaz Chinguitti i Ouedane. Ale droga do nich okazała się wyjątkowo ciężka. W dniu wyjazdu rozpętała się prawdziwa wichura, a niebo zasnuło się piaszczystą mgłą. Nie zdążyłem przed harmatanem. Postanowiłem posuwać się jednak do przodu na tyle, na ile będę w stanie.  Podmuchy przeciwnego wiatru były tak silne, że aby nie upaść, kilkakrotnie ratowałem się zeskokiem z siodełka. Mozolne pedałowanie na najlżejszym przełożeniu pozwalało mi posuwać się nie szybciej niż 7 km/godz. Po jakimś czasie znalazłem się na stromym serpentynowym podjeździe wiodącym na płaskowyż. Co prawda droga w tym miejscu była wyłożona betonowymi płytami, ale przy tak silnym wietrze większość z ok. 5 km podjazdu pchałem rower pod górę z największym wysiłkiem. Dopiero koło południa dotarłem na płaskowyż, a w Chinguitti zawitałem popołudniu dnia następnego. A to raptem 90 km…

16 km do Chinguitti

Byłem piekielnie zmęczony, ale jednak bardzo szczęśliwy. To nic, że niebo nie było niebieskie, że zamiast upału marzłem na kość. Najważniejsze, że dotarłem do celu, który wybrałem sobie kiedyś, patrząc na mapę.

W Chinguitti spotkałem Gregora i Jean-Luc’a,  Słoweńca i Francuza, poznanych w Nouadhibou. Spędziliśmy w tym odległym zakątku Świata trzy miłe, spokojne dni. Znowu nie byłem sam.




Fadel

Wizyta w dzielnicy imiegranów senegalskich - Fadel i jego przyjaciółki

Po dwóch tygodniach spędzonych na mauretańskiej Saharze dotarłem do stolicy tego kraju – Nouakchott. Tanie miejsce na nocleg w tym mieście polecił mi Fadel – kolejna osoba poznana w Nouadhibou, gdzie był w roli przewodnika kameralnej ekipy filmowej, kręcącej dokument o Mauretanii. Na co dzień Fadel prowadził w Nouakchott guest house (fr. auberge) swojego wujka, i tam właśnie się zatrzymałem. W stolicy chciałem załatwić tylko wizę do Mali i zaraz jechać dalej, ale Fadel swoim towarzystwem urozmaicił mi pobyt w tym, skądinąd, mało ciekawym mieście i zostałem tam kilka dni dłużej. Odwiedziliśmy m.in. „La Cinquième” – dzielnicę imigrantów senegalskich. Fadel sam jest pół-Mauretańczykiem pół-Senegalczykiem, poznał więc mnie ze swoimi przyjaciółmi.

Polubiłem mojego afrykańskiego towarzysza, który zupełnie bezinteresownie bardzo mi pomógł w załatwieniu różnych spraw potrzebnych do kontynuacji mojej podróży. Jednak nie spodziewałem się, że spotkamy się znów już za rok i znowu w Afryce. Latem zeszłego roku, gdy planowałem udział w libijskim odcinku sztafety śladami Kazimierza Nowaka, Fadel odezwał się do mnie informując, że wyjechał na kontrakt do Libii i będzie mieszkać tam przez jakiś czas. Od razu zaproponowałem mu udział w naszej sztafecie, i tak Fadel stał się pierwszym afrykańskim członkiem AfrykiNowaka!

Tymczasem pożegnałem się z Fadelem i z wbitą do paszportu malijską wizą ruszyłem tzw. Drogą Nadziei na południowy wschód.

Mali

Młode kwitnące baobaby

Przekraczając granicę, znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości, nie tylko w sensie administracyjnym. Im dalej na południe tym więcej roślinności. W Mauretanii jedynymi drzewami jakie spotykałem na swojej trasie były niewielkich rozmiarów akacje. Długie kolce tych drzew nie raz dziurawiły moje opony. Zbliżając się do granicy Mali widziałem coraz więcej trawy. Choć sucha i pożółkła o tej porze roku, daje pożywienie coraz liczniejszym wypasanym stadom krów. Poczułem wielką radość, gdy będąc już po malijskiej stronie ujrzałem pierwszego baobaba. Zafascynowały mnie te potężne drzewa do tego stopnia, że gdy tylko miałem taką możliwość, nocowałem właśnie pod konarami tych olbrzymów.

Wioska malijska - studnia i meczet (w tle)

Malijska wioska - studnia i meczet w tle

Wioski malijskie wyglądają zupełnie inaczej niż te blaszano-drewniane po mauretańskiej stronie. Wszystkie zabudowania zrobione są z gliniastych cegieł suszonych na słońcu, a cała konstrukcja dodatkowo pokryta jest warstwą gliny zmieszanej ze słomą. Obłe wykończenia murów wyglądają bardzo ciekawie. Z resztą nie tylko wioski tak wyglądają. Całe miasto Djenné jest „konstrukcją z gliny”, a perłę gliniastej architektury stanowi słynny meczet – Grand Mosquée, będący jednocześnie ikoną architektury Sahelu.

Młodzi Malijczycy - obsługa hoteliku w Nioro

Oprócz przyrody i architektury, mieszkańcy Mali różnią się istotnie od swoich północnych sąsiadów. Przyznam, że nieco obawiałem się Malijczyków, jak wszystkiego, co nieznane. W krajach arabskich byłem już nie raz, ale Czarna Afryka pozostawała dla mnie tajemnicą. Moje obawy nie potwierdziły się. Przeciwnie – czarni mieszkańcy Mali mają moim w moim odczuciu iście słowiańską duszę! Ale Malijczycy nie stanowią jednorodnej grupy. W kraju tym żyje obok siebie kilka plemion różniących się znacznie od siebie, nie tylko wyglądem – mówią zupełnie innymi językami i prowadzą inny tryb życia.

Po dotarciu do stolicy kraju – Bamako, postanowiłem udać się w kierunku wschodnim, najpierw do Segou, potem do Djenné i Mopti. Nie chciałem jednak posuwać się szosą. Miałem rower – byłem więc wolny, a przynajmniej niezależny od lokalnych środków transportu. Wolałem więc zaryzykować i pojechać północną stroną rzeki Niger, po terenach, gdzie samochody nie jeżdżą zbyt często. Na miejscu okazało się, że samochodów tam nie ma w ogóle, bo nie przejechałyby wąskimi piaszczystymi ścieżkami.  Jest za to dzika przyroda, piękne baobaby, kolorowe ptaki oraz liczne wioski, w których małe dzieci murzyńskie uciekały na mój widok w popłochu, za pewne pierwszy raz widząc białego przybysza.

Spotkanie na trasie wzdłóż Nigru

A do wiosek zajeżdżałem często, choćby po smaczną studzienną wodę, którą w całym Mali piłem bez żadnego uzdatniania, nie mając z tego tytułu żadnych problemów zdrowotnych przez całą podróż. Mieszkańcy tych stron byli nie tylko żywo zainteresowani moim towarzystwem, ale także zupełnie bezinteresowni. Zdarzało mi się nawet być obdarowanym jedzeniem na drogę. Zupełnie inna sytuacja panuje w bardziej turystycznych miejscach. W Mopti za rejs towarową pinasą do Timbuktu nawet po długich targach przyszło mi zapłacić sumę dwa razy większą od tej, którą płacą miejscowi. Podobnie było na festiwalu muzyki zachodnioafrykańskiej w Segou, na który trafiłem przypadkowo, docierając do tego miasta właśnie w tym czasie. Za karnet festiwalowy oficjalna stawka dla białych wynosiła 100 Euro, Afrykanie płacili 10 razy mniej.

Z hipopotami po Nigrze

Na mieliźnie

Choć zdecydowaną większość mojej trasy przejechałem rowerem, to całkiem spory kawałek spędziłem na wodzie. Jedyna droga lądowa do legendarnego miasta Timbuktu jest dla roweru nieprzejezdna. Chcąc się tam dostać, zmuszony byłem skorzystać z rejsu towarową pinasą, gdyż o tej porze roku (w lutym) poziom rzeki jest na tyle niski, że duże jednostki pasażerskie nie kursują. Mimo to, wielokrotnie utykaliśmy na mieliźnie, z której wydostanie się wymagało ciężkiej kilkugodzinnej pracy całej załogi. I tak, zamiast płynąć 3 dni, dotarliśmy do Timbuktu po blisko tygodniu. Rejs jednak był całkiem ciekawy, towarzyszył mi bowiem pewien młody chłopak – Tuareg, który właśnie wracał na wakacje do rodzinnego domu. Na co dzień mieszka w dalekim Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie uczy się w szkole zawodowej przygotowującej do pracy w fabryce produkującej kakao. Rozmawialiśmy dużo, dzieląc się informacjami o życiu w swoich krajach, na swoich kontynentach. Do rozmowy często włączał się jeden z członków załogi. Obaj mówili nieźle po francusku, więc korzystaliśmy wszyscy.

Okazuje się, że połowem ryb zajmuje się wyłącznie ludność z plemienia Bozo. Rozpoznać ich można po niezwykle ciemnym kolorze skóry. Handlują rybami, wymieniając je na mleko krowie z plemieniem Fula – hodowcami bydła. Kobiety Fula mają wytatuowane usta i noszą wielkie złote kolczyki – szczególnie w dni targowe. Nad Nigrem żyją jeszcze rolnicy Sorai, a na północnych obszarach w okolicach Timbuktu i Gao – Tuaregowie, zwani także od języka, którym się posługują – Tamashek. Oprócz ludzi i zwierząt hodowlanych, brzegi Nigru zamieszkują okryte złą sławą hipopotamy. Nie są one tu zbyt liczne, ale uważny obserwator może czasem dostrzec lekko wystające ponad powierzchnię wody ich charakterystyczne pyski. Zaprzyjaźniony załogant Bozo opowiadał mi ciekawe rzeczy o hipopotamach. Samce tych ssaków są wyjątkowo agresywne. Istnieją natomiast ludzie-zaklinacze hipopotamów, którzy potrafią, przy pomocy swych niezwykłych umiejętności, zmusić zwierzęta do oddalenia się w razie niebezpieczeństwa.

Nad Nigrem o zachodzie słońca

Któregoś razu, gdy zacumowaliśmy do brzegu na dłuższy postój, postanowiłem wykorzystać ten czas na kąpiel w rzece. Wskoczyłem do rześkiej wody i wypluskałem się radośnie. Jakieś 15 minut po mojej kąpieli w tym samym miejscu ludzie z tutejszej wioski wskazywali palcami na przepływającego hipopotama. Mężczyźni zaczęli rzucać kamyki w jego kierunku, żeby go przepłoszyć, a kobiety jeszcze długo komentowały wydarzenie, pokazując w moim kierunku z dezaprobatą.

Z wiatrem na zachód

Z Timbuktu, początkowo chciałem kontynuować drogę dalej na wschód rowerem, samym brzegiem rzeki. Jednak grząski teren to uniemożliwiał. Nie miałem innego wyjścia, jak znów załadować rower na dach pinasy i kontynuować rejs do samego Gao. Pod koniec tego długiego rejsu czułem się na łodzi jak więzień – wynudziłem się potwornie. Dlatego jak tylko znów dosiadłem mojego stalowego rumaka, wystrzeliłem jak z procy. Z Gao pognałem przyjemnym asfaltem z powrotem na zachód, dopingowany sprzyjającym wiatrem. Dokuczał mi tylko upał. Pod koniec lutego temperatura w ciągu dnia przekraczała 400C w cieniu. Wstawałem więc przed wschodem słońca, aby wykorzystać najmniej upalne godziny do jazdy. Przed nastaniem południa robiłem kilkugodzinną przerwę, aby kontynuować jazdę dopiero po 16.00, gdy upał nieco zelżał. W tym czasie pobijałem rekordy ilości wypitej wody, przekraczając 6 l!

„Ręka Fatimy” - okolice Hombori

Po dwóch dniach dotarłem do kolejnego celu – majestatycznych gór w okolicy miasteczka Hombori. Nie licząc niewysokiego pasma górskiego w Kraju Dogonów, są to w zasadzie jedyne góry w Mali. Wysokie i strzeliste skały pojawiają się nagle na zupełnie płaskim stepie wywołując tym samym niesamowite wrażenie. Najbardziej znany, szczególnie wśród wspinaczy skałkowych, jest kompleks skalny nazwany „Ręką Fatimy”. Pięć strzelistych skał nasuwa bowiem skojarzenie odwróconej ludzkiej dłoni.

Podróż do lepszego Świata

Kolejnym, już ostatnim etapem  mojej wyprawy była największa atrakcja turystyczna Mali – Kraj Dogonów.  Długo wahałem się, czy i jak odwiedzić to polecane przez wszystkich miejsce. Kraj Dogonów to góry, po których chodzi się wąskimi ścieżkami w towarzystwie wynajętego przewodnika, a nie jeździ rowerem. Cała impreza jest bardzo kosztowna, zupełnie nie na moją kieszeń.

Na trasie do Douentzy - chłopcy z pobliskiej wioski

W miasteczku Douentza spotykam dwa małżeństwa Francuzów, podróżujących dookoła Świata skonstruowanymi przez siebie trzykołowymi pojazdami silnikowymi. Właśnie wrócili z Kraju Dogonów, namawiają mnie na powtórzenie ich trasy, uważają, że powinienem sobie poradzić. Ostatecznie ulegam ich namowom i ruszam bladym świtem z rekordowym zapasem wody na szutrową drogę w kierunku płaskowyżu. Po kilku kilometrach zaczynam grzęznąć w coraz bardziej piaszczystym podłożu. Przedzieram się do innego, równoległego szlaku, może okaże się bardziej dostosowany do moich opon – gdzie tam. Pchanie roweru, ciągłe zmiany  ścieżek, a temperatura rośnie z godziny na godzinę. Ukształtowanie terenu przestaje mi się zgadzać z mapą. Tracę orientację, już nie wiem, gdzie jestem. Wspinam się na pagórek i rozglądając się dookoła dostrzegam w oddali młodego chłopaka, idącego w tym samym kierunku co ja. Postanawiam go dogonić, to jedyna deska ratunku.

W Kraju Dogonów

Dogadujemy się na migi. Bamba? – pytam o nazwę wioski, wskazując jednocześnie kierunek jego marszu. – Bamba – potwierdza i staje się jasne, że pójdziemy razem. Nie mam pojęcia, jak bym sobie poradził bez pomocy tego młodego, dogońskiego chłopaka. Wielokrotnie w ciągu całej drogi pomagał mi przepychać obładowany rower przez piaszczyste doliny uedów. Potem, w potwornym upale, przedzieraliśmy się górzystymi ścieżkami, aż w końcu, po 40 km mordęgi dotarliśmy do wioski dogońskiej. Nie była to co prawda Bamba, lecz rodzinna wioska mojego towarzysza. O kilku innych odwiedzonych podczas tej podróży miejscowościach myślałem jako o położonych na końcu Świata. Jednak tamte w zestawieniu z osadą, w której właśnie się znalazłem, wydały mi się całkiem cywilizowane. Tu, do wiosek położonych w północnej, czyli nieturystycznej części Kraju Dogonów, nie docierają żadne media, a ludzie żyją nadzwyczaj skromnie, niczym cywilizacje sprzed tysięcy lat.

Siedząc na ganku kamiennej izby, w otoczeniu skał, palm i baobabów, obserwowałem, bawiące się ze sobą dogońskie dzieci. Tańcząc w kółku, trzymały się za ręce i radośnie śpiewały piosenki w swoim języku. Czy ja rzeczywiście przybyłem z tego lepszego świata?

Dogońskie dzieci

Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowościach na mojej stronie!

wybrane zdjęcia studyjne:
Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.