Kongo 2016

poznajswiat10 dni marszu przez kongijską dżunglę. Samotnie, na przełaj, 140 km.

Wyprawa miała miejsce w lipcu 2016 r i miała być najtrudniejszym z moich dotychczasowych przedsięwzięć wyprawowych.

  1. Przebieg wyprawy w skrócie
  2. Sprzęt i logistyka
  3. Statystyka samotnego marszu
  4. Filmowanie i fotografowanie
  5. Filmy z wyprawy
  6. Relacje w mediach
  7. Podziękowania
  8. Refleksje powrotne (blog)

 

Przebieg wyprawy w skrócie

Falstart

Pierwotny plan zakładał przejście Parku Narodowego Odzala-Kokoua ze wschodu na zachód. Zgodnie z tym planem dotarłem autobusem w okolice startu i po przenocowaniu w przydrożnej wsi wszedłem do lasu. Drugiego dnia zmagań z bardzo gęstą tzw. wtórną dżunglą (mało drzew, dużo krzewów) zdecydowałem wycofać się i rozważyć inne możliwości realizacji planu. Powodem było dotarcie do miejsca, gdzie gęsta roślinność uniemożliwiła mi jakiekolwiek dalsze posuwanie się na zachód, aby osiągnąć drugi strumień (woda).

Po powrocie do drogi dotarłem do najbliższej wsi – Lango, gdzie spędziłem 3 dni. Rozważałem różne opcje, rozmawiałem z miejscowymi o moich planach, poznałem także jednego ze strażników Parku. Dzięki zebranym informacjom podjąłem decyzję o całkowitej zmianie trasy.

Nowy plan

Udałem się do miasteczka Sembe na północno-wschodnim krańcu Konga, a następnie do wsi Nindjon leżącej przy drodze prowadzącej do Gabonu. I właśnie z tego miejsca ruszyłem na południe – szlakiem prowadzącym krawędzią 200 metrowej skarpy oddzielającej dwie części lasu równikowego. Moim celem było dotarcie do kolejnej drogi prowadzącej z Konga do Gabonu, znajdującej się ok. 120 km na południe (w linii prostej).

Wzdłuż skarpy

Przez pierwsze dwa dni kluczyłem w poszukiwaniu wejścia na skarpę. W końcu się udało i kolejnych pięć dni szedłem trzymając się możliwie jak najbliżej urwiska w nadziei odnalezienia prześwitu dającego mi widok na bezkres lasu z lotu ptaka. Początkowo dość często natrafiałem na ścieżki myśliwych (kłusowników) i inne ślady ich obecności – łuski po nabojach, ślady po ogniskach, szałas. Z czasem było ich coraz mniej aż w końcu przedzierałem się przez zupełnie dziki teren. Podjąłem też próbę dotarcia do początkowego biegu rzeki Mambili, ale ze względu na bagnisty teren postanowiłem zawrócić i kolejnego dnia kontynuowałem marsz na południe.

Niedoceniane niebezpieczeństwo

Siódmego dnia po południu natrafiłem na słonia, a dwa dni później na kolejnego. Oba spotkania bynajmniej nie należały do przyjemnych. Najwidoczniej podszedłem zbyt blisko (nie widziałem ich zupełnie w gęstwinie) i zwierzęta postanowiły intruza nastraszyć (ruszyły z impetem w moim kierunku). Tak to interpretuję, bo gdy osiągnęły swój cel, nie ścigały mnie. Tym niemniej bardzo bałem się kolejnego spotkania, które mogłoby zakończyć się dużo gorzej. Wówczas też zrozumiałem, jak wielkie (i niepotrzebne?) ryzyko wiąże się z taką wyprawą i myślałem już tylko aby jak najszybciej dotrzeć do celu.

Złote zakończenie

Dziesiątego dnia popołudniu, mozolnie przemierzając strome wąwozy i wyjątkowo gęstą roślinność pozbawioną nawet zwierzęcych ścieżek, będąc już teoretycznie na terenie Gabonu, nieoczekiwanie natrafiłem na obóz kopaczy złota. Było to ok. 20 km przed spodziewaną metą. Tam postanowiłem zakończyć właściwą część wyprawy.

Nazajutrz po dotarciu do obozu kopaczy złota

Epilog

W towarzystwie miejscowych Kongijczyków nazajutrz dotarłem ścieżką do pierwszej wsi (Yuku), skąd motocyklem dotarłem do granicznej osady. Jeszcze tego samego dnia znalazłem się w Gabonie. Oficjalnie, bo jak wspomniałem, geograficzną granicę przekroczyłem już wcześniej. Rozmawiałem o tym z szefem gminy gabońskiego Ekata, oraz dowódcą tamtejszych pograniczników. Okazało się, że dostarczyłem im cennych dowodów na od dawna wysnuwane podejrzenia. Nie wdając się w szczegóły, moje informacje okazały się na tyle ważkie, że już dzień później wziąłem udział w nadzwyczajnym spotkaniu wszystkich służb mundurowych na szczeblu prowincji (Makokou).

 

SPRZĘT I LOGISTYKA

Ekwipunek miał mi pozwolić na odbycie 20 dniowej wędrówki. Ostatecznie wyprawa trwała 12 dni (łączna liczba dni spędzonych w lesie samotnie). Poniżej przedstawiam najważniejsze elementy mojego wyposażenia.

Nawigacja

GPS był niewątpliwie najważniejszym elementem całego wyposażenia. Jeśli w jakimś momencie wyprawy utraciłbym cały sprzęt, a zostałby mi tylko GPS, to byłbym w stanie wrócić na miejsce startu. W odwrotnej sytuacji byłoby to bardzo trudne.

Wyposażony byłem w GPS eTrex 30 (Garmin). Przed wyjazdem sporządziłem i wgrałem do urządzenia mapę na podstawie dostępnych danych w sieci – Google maps oraz schematycznej mapki Parku Narodowego Odzala-Kokoua. Naniosłem głównie rzeki i większe strumienie, krawędź skarpy oraz drogi wokół parku i miejscowości. Dysponowałem sporym zapasem baterii (AA). Oprócz tracka na bieżąco zaznaczałem źródła wody (strumyki), miejsca obozowania oraz inne przydatne punkty. Sprzęt ten sprawdził się doskonale, a najważniejsze cechy tego modelu to niewielkie gabaryty i niski pobór energii (2xAA/4 dni). GPS miałem włączony od początku marszu aż do mety, cały czas trzymałem go w lewej dłoni.

Miałem także zapasowy GPS – eTrex (najstarszy model) oraz kompas. W zeszycie notowałem współrzędne wszystkich noclegów, aby w razie awarii podstawowego urządzenia móc wprowadzić dane w ten zapasowy.

Komunikacja

Po raz pierwszy dysponowałem na wyprawie telefonem satelitarnym. Model Thuraya Hughes, z zapasową baterią sprawdził się dobrze. Wysyłałem nim smsy do Polski z informacją o pozycji oraz kilka słów o przebiegu wyprawy. Mimo, iż w lesie jest mało otwartej przestrzeni, to codziennie udawało mi się znaleźć miejsce, aby taki sms wysłać. Żeby swobodnie rozmawiać trzeba było znaleźć już sporą wyrwę w koronach drzew.

Przyznam, że codzienny kontakt z rodziną dawał mi duży komfort psychiczny. Jednak z drugiej strony taki komfort istotnie zmienia odczuwanie formuły samotnej wyprawy.

Nie zapominajmy jednak o najważniejszej roli tego sprzętu – bezpieczeństwo. W razie jakiejś awarii, kontuzji itp., mogłem wezwać pomoc (miałem nr do strażników Parku).

Plecak

Podobnie jak rok wcześniej, pożyczyłem od Zbyszka Sasa nosidło Camel, do którego włożyłem worek Crosso 60 l. Taki zestaw waży ok. 1800 g i pozwala na bezproblemowe przekraczanie nawet dużych rzek (worek unosi się na wodzie i nie przemaka). Co prawda i tym razem nie musiałem przekraczać takich rzek, ale system się sprawdził. Dodatkowo doszyłem kilka gumowych pasków wokół szelek naramiennych. Dzięki temu miałem dobre miejsce na mocowanie sekatora i GPS-u w chwilach, gdy ich nie używałem. Ostatniego dnia do jednej z gum przyczepiłem stalowy kubek, ale to już zupełnie inna historia…

Cały bagaż z plecakiem ważył na starcie 17 kg + woda.

Ubranie

Buty – ECCO BIOM TERRAIN

Stan butów po wyprawie – jak widać na zdjęciu – opłakany. Ale trzeba oddać, że nie były nowe, chodziłem w nich już dwa lata. Zdecydowałem się zabrać je na wyprawę z dwóch względów – były bardzo wygodne i wyglądały na solidne.
Upierałem się, że lepsze do dżungli będą niskie, a nie wysokie buty. Dlaczego? Bo są lżejsze i szybciej schną, a zamoczenia nie da się uniknąć, lub nie warto unikać (żeby posuwać się szybko). Wynikało to z moich wcześniejszych doświadczeń. Jednak teraz uważam inaczej – mimo wszystko lepsze byłyby wysokie, a nawet bardzo wysokie. Chodzi o ochronę piszczeli, które mocno poobijałem i trochę pokaleczyłem podczas przedzierania się przez gęste krzaki, liany. Z kolei całodzienny marsz w mokrych butach spowodował duże otarcia na wysokości kostek. Rany wyglądały na tyle nieciekawie, że postanowiłem zrobić wszystko, żeby je wyleczyć. Wysuszyłem więc buty (przy ognisku) i unikałem kolejnego zamoczenia (strumienie, bagna). Udało się, choć w porze deszczowej byłoby to dużo trudniejsze. Z tego też względu zrezygnowałem z dotarcia rzeki Mambili (bagna). Dodam jeszcze, że nie obyło się bez pewnych odcisków, ale przypuszczam, że to bardziej kwestia przeciążenia niż wygody butów. Aha, zakładałem też stuptuty, niewysokie. Choć zsuwały się z łydki natychmiast (roślinność), to do pewnego stopnia chroniły mi fragment piszczeli, nie wpuszczały różności do butów i zapobiegały rozwiązywaniu sznurowadeł.

Koszula z długim rękawem  (The North Face)- sprawdziła się doskonale. Największe zalety – odporna na rozdarcia i chroniąca ciało przed zadrapaniami, lekka i szybkoschnąca. Miałem także inną koszulę (Quechua), ale ta nie chroniła ciała przed roślinnością i ubierałem ją głównie jako podkoszulkę do spania (oraz ciuch „cywilny” poza akcją w terenie).

Spodnie (Quechua) – podobnie jak koszula TNF – same zalety. Co więcej, o ile po koszuli TNF widać przez co przeszła (liczne zaciągnięcia, ale brak rozdarć), o tyle spodnie wyglądają doskonale. Miałem także drugą parę, także Quechua, podobny ale inny model sprzed kilku lat – nie sprawdziły się, poraniłem sobie nogi i podarłem je na kolanie już w pierwszych dniach. Przyczyną jednak był nie sam model, ale osłabiony zębem czasu materiał. Podobnie jak koszula Quechua, zakładałem je na noc jako drugą warstwę chroniącą przed chłodem.

Peleryna przeciwdeszczowa – padało tylko raz, a i wtedy jej nie założyłem, nie czułem potrzeby. Koszula i spodnie schły na mnie wystarczająco szybko. Zakładałem ją do spania jako dodatkowe ocieplenie (nie miałem śpiwora).

Sekator

_MG_8824Używałem modelu firmy Gardena. Doskonale zastępował maczetę podczas codziennego marszu. Takie rozwiązanie podsunęli mi naukowcy z obozu Luikotale podczas zeszłorocznej wyprawy do Parku N. Salonga w DRK. Cięcie lian i gałęzi sekatorem jest o wiele łatwiejsze niż maczetą – wymaga mniej siły, „pierwsze cięcie” jest zawsze skuteczne. Jestem pewien, że użycie sekatora istotnie przyśpieszyło mój marsz. Jedyna sytuacja, gdzie maczeta byłaby skuteczniejsza, to niektóre bagienne obszary obfite w suche i kolczaste gałęzie, zwłaszcza palmy, które raczej się odgarnia niż tnie.

Biwak i żywność

Hamak z moskitierą – lekki i tani, polecam. Dodatkowo kupiłem plandekę 2 x 3m o gramaturze 60g jako zadaszenie (tarp). Nie padało za często, więc owijałem się nią do spania zamiast śpiwora…

Żywność:

  • liofilizaty firmy LYO – 20 porcji, prawie wszystkie jako posiłek na wieczór. Generalnie smaczne, choć mam ulubione (wieprzowina w zielonym pieprzu) i takie, których smak jest mało  wyrazisty i niewiele ma wspólnego z opisem (np. kurczak pięciu smaków i danie meksykańskie). Według mnie wymagają nieco dłuższego moczenia we wrzątku niż sugeruje producent, tj. 15-25 min.,
  • kaszka mleczno-ryżowa dla dzieci – 8 paczek po 350g, różne smaki, na śniadanie i obiad. Nie wymaga gorącej wody, sprawdziła się.
  • płatki owsiane błyskawiczne – w połączeniu z kaszką na śniadanie – dobry wybór,
  • suszone owoce – głównie mango i daktyle, trochę jabłek i śliwek – w połączeniu z kaszkę i płatkami – super mix!

Nie narzekałem ani na ilość, ani na urozmaicenie jedzenia – nie głodowałem. Żywność łącznie stanowiła ok. 60% wagi całości bagażu, z czasem ubywało – ok. 350 g dziennie.

Miałem jedno naczynie w postaci stalowego kubka o pojemności 600 ml, w którym wieczorem gotowałem 0,5 l wody do zalania liofilizatu oraz mieszałem w nim kaszkę z wodą na śniadanie i obiad. To rozwiązanie sprawdziło się. Oprócz tego duża aluminiowa łyżka (nie polecam plastikowych – są krótkie i łamią się).

Wodę gotowałem na ognisku. Rozpalenie ogniska w wilgotnym lesie równikowym wymaga pewnego doświadczenia, zabiera sporo czasu i wymaga tyleż cierpliwości. Jako rozpałkę używałem – zwyczajem miejscowych – kawałka dętki rowerowej. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą choćby 200 ml alkoholu 99% – byłoby mniej zachodu. Ale zyskałem cenną umiejętność i tym samym poczucie, że mimo wszystko sobie radzę.

Maczeta – służyła mi wyłącznie do rąbania drewna na ognisko. Jej zaletą w stosunku do miejscowych modeli są kompaktowe rozmiary i pokrowiec (w ciągu dnia nosiłem ją w plecaku).

Woda

Po ubiegłorocznych doświadczeniach, gdy to właśnie brak strumieni sprawił, że zawróciłem z próby trawersu dżungli, byłem na tym punkcie mocno przeczulony. Naniosłem na mapę w GPS wszystkie cieki wodne widoczne na mapach Google (także te prawdopodobne), oraz naszkicowane na schematycznej mapce Parku, którą znalazłem w sieci. Trasę wyznaczyłem tak, aby odległości pomiędzy strumieniami wynosiły nie więcej niż 10 km w linii prostej. Cóż z tego, skoro ostatecznie szedłem inną trasą, gdzie nie miałem prawie żadnych informacji o strumieniach. Na szczęście trafiałem na nie wystarczająco często. Jednak brak jakiejkolwiek informacji na ten temat sprawiał, że nosiłem duży zapas wody – na początku 4 litry, pod koniec 2,5 l.

Każdy napotkany strumień zaznaczałem na GPS-ie, aby w razie czego móc do niego wrócić. Jeśli szedłbym tą trasą raz jeszcze i korzystałbym z tych informacji, to wystarczyłby mi litr wody przy sobie. Do transportowania wody służyły mi dwie 1,5 l plastikowe butelki po wodzie mineralnej (w plecaku) oraz litrowy bidon przytroczony do pasa plecaka, z którego piłem w trakcie marszu. Uzupełniałem go przy prawie każdym strumieniu. Miałem także 10-litrowy zwijany worek MSR, ale użyłem go tylko raz, gdy wiedziałem, że będę nocować bez dostępu do wody i chciałem mieć swobodę w tym zakresie.

Do uzdatniania wody zabrałem filtr ceramiczny Ktadyn mini. To najmniejszy filtr ceramiczny tej renomowanej firmy. Użyłem go kilka razy, ale z uwagi na krystalicznie czystą wodę w leśnych strumieniach, z czasem zrezygnowałem z jej filtrowania (nie miałem żadnych problemów gastrycznych).

Rozkład dnia

Zwykle wstawałem między 5.30 a 6.00, a rozpoczynałem marsz godzinę później. Śniadania jadłem krótko po pobudce, lub ok. godziny od rozpoczęcia marszu. W ciągu całego dnia robiłem kilka krótkich – 5-10 minutowych odpoczynków i jedną dłuższą przerwę na posiłek ok. godziny 13.00, trwało to z reguły 45 minut. Pod koniec dnia marszu sięgałem po niewielką porcję suszonych owoców.

Na nocleg zatrzymywałem się ok. 16.00 – 17.00, w zależności od znalezienia odpowiedniego miejsca. Do hamaka wchodziłem ok. 20.00, zasypiałem najdalej o 21.00.

STATYSTYKA
(dotyczy samotnego marszu przez las)

datastartkoniecczas marszudystans
30.069.5016.0007:107,5 km
01.076.1516.0009:4512,5 km
05.0713.3016.3003:003,7 km
06.076.1516.1510:0015,5 km
07.077.2516.4509:2014 km
08.076.4517.0010:1514 km
09.076.1512.0006:458,5 km
10.0707.0516.3008:2518 km
11.076.4516.4510:0020 km
12.076.4515.3008:4518 km
13.076.4516.4510:0017 km
14.077.0016.00 (17.50)9:00 (10:50)11 km (13 km)

Filmowanie i fotografowanie

Ważnym elementem wyprawy była jej dokumentacja filmowa i fotograficzna. Chciałem ją zrealizować na możliwie jak najlepszym poziomie. Wybór sprzętu był kompromisem pomiędzy jego wagą, a jakością obrazu filmowego i fotograficznego. Wybór padł na tzw. bezlusterkiewiec Olympusa, model OM-D E-M5 Mark II. Najważniejsze jego zalety pod kątem tej wyprawy:

  • Doskonała stabilizacja obrazu – obraz nie trzęsie się podczas filmowania (w stosunku do konkurencji), a podczas fotografowania można bezpiecznie używać stosunkowo długich czasów naświetlania (w lesie jest mało światła).
  • Wyświetlacz LCD odchylany w taki sposób, który umożliwia kontrolę obrazu przy filmowaniu samego siebie. Swoją drogą dziwię się, że tak niewiele bezlusterkowców posiada takie rozwiązanie. Zwłaszcza, że stosowane jest ono często w tanich kompaktowych aparatach.
  • Uszczelniony, czyli odporny na zachlapania, zabrudzenia, o które w lesie równikowym nie trudno.

Zdecydowałem się na dwa obiektywy:

  • Panasonic 14-42, 1:3.5-5.6 PZ – obiektyw podstawowy, solidna i jednocześnie kompaktowa konstrukcja, którą określiłbym jako „prawie naleśnik”. Funkcja power zoom sprawia, że zoomowanie podczas filmowania odbywa się płynnie. Ta sama funkcja trochę przeszkadza przy robieniu zdjęć, ale priorytetem było filmowanie. Rozważałem też odpowiednik Olympusa, ale choć jest jeszcze mniejszy, to jednocześnie mniej solidny i wyraźnie słabszy optycznie.
  • Panasonic 45-150, 1:4.0-5.6 – typowy teleobiektyw, używałem go incydentalnie.

Zamiast statywu wymyśliłem pewien patent. Zamiast standardowego paska na szyję przyczepiłem do metalowych oczek na pasek szeroki i odpowiednio długi pasek gumy zakupionej w pasmanterii. Przy pomocy końcówek przywiązywałem aparat do drzewa, dzięki czemu trzymał się zdecydowanie lepiej niż przy użyciu statywu typu gorillapod. Ten gumowy pasek służył mi także do mocowania aparatu na klatkę piersiową do filmowania marszu z takiej perspektywy.

Aparat wraz z dyktafonem i kilkoma drobiazgami nosiłem w małej nieprzemakalnej torebce Crosso (2 l) przewieszonej przez ramię. Dzięki temu sprzęt był dobrze zabezpieczony i mogłem sięgać po niego bez zdejmowania plecaka.

Zrezygnowałem z zabrania kamerki sportowej GoPro, ponieważ uznałem, że aparat zastąpi większość jej zastosowań. Jednak muszę przyznać, że nie w pełni się to udało. Pomimo, że mocowałem aparat na klatce piersiowej, a stabilizacja obrazu pozwalała rejestrować w miarę stabilny obraz, to nagrania te mają jeden mankament – zbyt wąski kąt. Przyczyną jest fakt, że aparat podczas filmowania wykorzystuje tylko część powierzchni matrycy. W efekcie, zamiast 14 mm (28 przy FF) uzyskiwałem wyraźnie węższy kąt i efekt takich ujęć trudno uznać za zadowalający. Rozwiązaniem byłoby zastosowanie typowego obiektywu szerokokątnego, np. Olympus 9-18 mm.

Innym problemem okazało się działanie autofocusa podczas filmowania. Chodzi wyłącznie o sytuacje, gdzie filmowałem samego siebie, z bliskiej odległości (najczęściej z ręki). Aparat często ustawiał ostrość gdzieś poza moją twarzą. Nie miało znaczenia to, że moje głowa zajmowała sporą część kadru i była zwykle na środku. Autofocus zawsze wybierał te elementy, które były bardziej jasne i kontrastowe – niestety często były to prześwity w koronach drzew, czyli tło. Jedynym sposobem, aby go „zmusić” do ustawiania ostrości na twarz było ręczne wspomaganie ostrości (w trybie to umożliwiającym). Być może za słabo poznałem funkcję ustawiania ostrości w tym aparacie, ale irytującym mi się wydaje, że aparat nie ostrzy na środek kadru przy lekkim naciśnięciu spustu migawki. To przecież najbardziej intuicyjne rozwiązanie.

Do ładowania baterii aparatu zakupiłem power bank Xiaomi o pojemności 20 000 mAh, o nieco niższej wadze niż analogiczne produkty konkurencji (375 g vs 450 g). Przed wyjazdem przetestowałem jego wydajność – byłem w stanie naładować siedem razy akumulator mojego Olympusa, zatem jadąc z dwoma naładowanymi akumulatorami „miałem ich” 9. Trochę obawiałem się, czy zaspokoi to moje potrzeby, bo w końcu zamierzałem sporo filmować. Musze przyznać, że moje obawy były nieuzasadnione – w terenie ładowałem zaledwie 2 razy, czyli zużyłem tylko 4 ładowania akumulatora (w przerwie pomiędzy pierwszym podejściem do trawersu a tym właściwym, w mieście Ouesso doładowałem akumulator z gniazdka).

 

Filmy

 








Relacje w mediach:

Trójka

8xLBmL

 

WIELKIE PODZIĘKOWANIA DARCZYŃCOM, KTÓRZY WSPARLI MOJĄ WYPRAWĘ:

Adam (jaknajdalej.pl)
Adam Goliński
Agnieszka Doberschuetz
Agnieszka Graduszewska
Agnieszka Lewandowska
Alicja Cichoń
Andrzej Horbik
Ania Gniedzińska
Ania Jarzynowska
Arkadiusz Matysiak
Arkady Fiedler (PoDrodze)
Asia Bruch
Barbara Nowak
Bartosz Borkowski
Bożena Luttge
chrabaszczyk
Danuta Łabętowicz
Dobrochna Ciosek
Filip Kierzek
Jakub Smalec
Janusz Adamski
Janusz Kojro
Joanna Aleksińska
Joanna Zuzanna Pawlikiewicz
Katarzyna Maniszewska
Lech Nowak
Łukasz Dardzik
Łukasz Marcin Malarowicz
Maciej Czapliński
Maciej Mizgajski
madziunia56
Magdalena Banaszek
Małgorzata Lorenz (Piechel)
Maria Ziemlańska
Mariusz Grajewski
Mateusz Waligóra
Michał Jarosz
Olga Andersohn
Patrycja Borzęcka
Patryk Modrak
Paweł Kowalczyk
Paweł Zguda
Piotr Kośmicki
PrzybyszZKrypty-YouTube
Rafał (Raff)
Rafał Kuzmicki
Rafał Wojda
Robert Gotowała
Robert Lupa
Seroslav
Staszko
Ula Kobusińska
Zbyszek Sas
chłopaki z 4D