Afryka Zachodnia 2008/2009

      Adrar – Mauretania

      Samotna rowerowa podróż przez Afrykę Zachodnią

      Miejsce: Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali
      Termin: XI’2008 – III’2009
      Wyróżnienie na gdyńskich Kolosach w kategorii PODRÓŻ ROKU 2009

      To była moja pierwsza podróż rowerem i zarazem najdłuższa ze wszystkich.

      Poniższy tekst stanowi treść mojego artykułu opisującego wyprawę dla miesięcznika podróży rowerowych ROWERTOUR (06.2010).

      Jak do tego doszło

      Nigdy nie byłem wielkim fanatykiem roweru. Najpierw był pomysł na podróż, rower pojawił się później.

      O dalekiej i długiej podróży marzyłem od lat, a dokładnie od lat dziesięciu, kiedy to wróciłem z mojej pierwszej i tak naprawdę jedynej dalekiej włóczęgi. Zaraz po studiach, wspólnie z moim przyjacielem Mariuszem Grajewskim, pojechaliśmy drogą lądową do Indii. Był to typowy tramping z wszystkimi atrakcjami takich wyjazdów: wielka przygoda, doświadczanie egzotyki poznawanych kultur i docieranie do miejsc znanych wcześniej tylko z lektury przewodnika. Jednak najlepiej z tego wyjazdu wspominam liczne znajomości zawarte na trasie. Co ciekawe, spośród poznanych ludzi, najlepiej zapisali się w mojej pamięci ci podróżujący samotnie. Coś w tym jest, że jak się podróżuje samemu, to łapie się najlepszy kontakt z innymi i tak naprawdę samemu w podróży się tylko bywa. A jaka swoboda w decydowaniu!

      Przez wiele kolejnych lat wspominałem naszą wyprawę do Indii, marząc jednocześnie o kolejnej, podobnej eskapadzie. 2-3 tygodniowe wypady (Tajlandia, Kambodża, Kuba), na jakie pozwalała praca na etacie, tylko podsycały mój apetyt na naprawdę długą i ciekawą podróż. Musiało wiele rzeczy się pozmieniać w moim życiu, aby marzenie stało się realnym planem.

      Wielką inspiracją, co do kierunku i formy mojego wyjazdu, miała praca nad pewną książką. W 2007 roku zacząłem pracować w rodzinnej firmie – wydawcy książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd Kazimierza Nowaka. Zajmowałem się przygotowaniem fotografii i mapek do książki. Historia tego niezwykłego, przedwojennego podróżnika wciągnęła mnie ogromnie. Wcześniej Afryka nie pociągała mnie tak bardzo. Myślałem raczej o wyjeździe do Azji lub Ameryki Południowej. Jednak niezwykły, przejmujący wręcz sposób, w jaki Nowak opisywał Czarny Ląd, skutecznie podziałał na moją wyobraźnię. Zapragnąłem pojechać do Afryki. Rowerem!
      Przygotowania

      Z rowerem wcześniej niewiele miałem do czynienia, a już na pewno nie z wyprawami rowerowymi. Miałem starego, 14-letniego „górala”, który większość swojego życia przeleżał w garażu moich rodziców, a przez ostatnie dwa lata jeździłem nim do pracy – niecałe 4 km. Zdecydowałem, że właśnie na nim pojadę do Afryki. Nie chciałem kupować dobrego, nowego roweru. Obawiałem się bowiem, czy podołam trudom takiej podróży, zarówno w sensie fizycznym, jak i technicznym. O mechanice rowerowej pojęcie miałem raczej mgliste. A tak, w razie awarii sprzętu, porzucenie starego roweru nie byłoby wielką stratą. Poza tym, wyprawa z założenia, miała mieć charakter niskobudżetowy. Zawsze większym uznaniem darzyłem wielkie dokonania podróżnicze, osiągane dzięki umiejętnościom i hartowi ducha, a nie kupie pieniędzy wydanej na sprzęt i wygody w podróży.

      Tym niemniej wymieniłem cały napęd (korby z suportem, wieloryb wolnobiegu i łańcuch) oraz poszperałem trochę w Internecie, aby nauczyć się podstawowych napraw sprzętu. Specjalistów wolałem się nie radzić. Wystarczy, że niektórzy moi znajomi usłyszawszy o moich planach, z niedowierzaniem pytali: tym gratem?! Szczęśliwie, podczas całej 4-miesięcznej wyprawy, nie przydał mi się ani klucz do szprych, ani nawet skuwacz do łańcucha. Przydała się natomiast pompka, łatki i klej, oj przydały…

      Postanowiłem pojechać do Afryki Zachodniej. Co prawda Kazimierz Nowak nie zawitał w te strony, ale mi ten wybór wydał się najbardziej odpowiedni: kraje nadzwyczaj ciekawe, a przy tym łatwość dotarcia z Europy, stosunkowo duże bezpieczeństwo no i powszechność języka francuskiego, w którym czuję się całkiem pewnie.

      Spakowałem swojego dwukołowego rumaka w karton i poleciałem samolotem do Casablanki. Dopiero na tamtejszym lotnisku po raz pierwszy załadowałem na niego wszystkie sakwy wypełnione całym bagażem. Gdy wsiadłem na tak obładowany rower, odniosłem wrażenie, że ten za chwilę powygina się pod ciężarem, a moja podróż rowerem skończy się najdalej po kilkudziesięciu kilometrach. Potem, z tym większym uznaniem patrzyłem na mojego stalowego druha, gdy kolejne tysiące kilometrów pojawiały się na liczniku.

      Jednak na początku czułem się bardzo niepewnie. Najpierw miałem do pokonania niemal całe wybrzeże atlantyckie Maroka, wraz z terytorium Sahary Zachodniej, czyli ponad 2000 km. Odcinek ten, choć ciekawy, traktowałem jednak tranzytowo. Zależało mi bowiem na tym, aby możliwie jak najszybciej dotrzeć do Mauretanii. Chciałem zdążyć dotrzeć tam przed harmatanem – wiatrem unoszącym mgłę lotnego piasku znad Sahary. Wiatr ten tłumi wszelkie kolory krajobrazu, nadając wszystkiemu beżowo-pomarańczową dominantę. A ja bardzo liczyłem na zrobienie pięknych pocztówkowych zdjęć na Saharze w Mauretanii! Trzeba było się spieszyć…

      Trening Maroko

      Liczne podjazdy na trasie z Safii do Essaouiry dały mi się ostro we znaki
      Trasa wzdłuż wybrzeża Maroka była moim treningiem, egzaminem wydolnościowym. Liczne podjazdy na trasie z Safii do Essaouiry dały mi się ostro we znaki. Nie raz zsiadałem z roweru aby go pchać pod górę, odpoczywając co kilkanaście kroków. Dostałem solidnie w kość. A najgorsze było dopiero przede mną – słynne nadmorskie serpentyny z Essaouiry do Agadiru. Poważnie rozważałem odesłanie do Polski ciężkiego sprzętu fotograficznego, który wraz ze statywem i wielkim termosem z filmami wypełniał praktycznie całą tylną sakwę i ważył dobre 8 kg.
      Marokańskie śniadanie
      Jednak trening czyni mistrza. Drogę, której obawiałem się najbardziej, pokonałem bez większych problemów. Od tego momentu poczułem się pewniej i tym samem mogłem zacząć czerpać prawdziwą przyjemność z podróżowania.
      Spotkania

      Z miasta Tiznit w południowym Maroku odbiłem z głównej drogi w kierunku wybrzeża do miejscowości Sidi Ifni. To bardzo malownicza okolica. Aż dziw, jak niewielu turystów tam dociera.

      Tego dnia spotkałem parę Holenderskich cyklistów – Arie i Willy. No moje oko, oboje około 70-tki, nie przeszkadzało im to jednak w sprawnym pokonywaniu tutejszych górek z kompletem sakw na bagażnikach. Porozmawialiśmy chwilkę. Oboje cały czas z uśmiechem na twarzach, myślami byli już przy kolejnej rowerowej eskapadzie, tym razem po Nowej Zelandii. Pożegnaliśmy się życząc sobie wzajemnie powodzenia. Z nieustającym podziwem zjeżdżałem z góry, której stromy podjazd dopiero co pokonali holenderscy cykliści-emeryci.

      Ale to nie ostatnie rowerowe spotkanie tego dnia. Godzinę później zatrzymałem się na krótki posiłek, a gdy zbierałem się do dalszej jazdy, dobili do mnie Thomas i Clement – dwaj młodzi Francuzi. Dokąd jadą? Na południe. Do Mauretanii. Do Dakaru. Stamtąd samolotem do Buenos Aires. Dalej rowerami do Limy i samolotem do Bangkoku. I tak dalej. Jadą w podróż dookoła Świata.

      Jako, że nasza droga wiodła w tym samym kierunku, pojechaliśmy dalej razem. Pierwotnie mieliśmy wspólnie spędzić 1-2 dni. Chłopaki spieszyli się bardziej ode mnie, w miastach nie zatrzymywali się w ogóle. Spali wyłącznie pod namiotem, a zamiast pić mineralki, filtrowali zwykłą kranówkę. Za to wieczorne posiłki celebrowali iście po francusku – pieczone warzywa i mięso, sery, przyprawy, jogurty… Po kilku wspólnie spędzonych dniach, a szczególnie wieczorach, było już jasne, że całą trasę, aż do granicy z Mauretanią, pokonamy wspólnie.

      Wybrzeże Sahary Zachodniej to wielkie płaskie przestrzenie, gdzie zawsze wieje silny wiatr. Mieliśmy dużo szczęścia – wiało w kierunku południowym, czyli najczęściej w plecy. Podobno kierunek wiatru zmienia się tam tylko dwa razy w roku.

      Przez Saharę Zachodnią

      Jadąc z wiatrem w ogóle się go nie odczuwa. Dopiero zatrzymując się na postojach zakładaliśmy kurtki chroniąc się przed jego chłodnymi podmuchami. Pewnym problemem było także znalezienie miejsca na nocleg. Co prawda przestrzeni na rozbicie namiotu na pustyni nie brakuje, ale żeby ugotować cokolwiek, trzeba znaleźć miejsce osłonięte od wiatru. W tym celu wykorzystywaliśmy resztki murowanych domków rybaków lub straży granicznej, rozsianych wzdłuż drogi co kilkadziesiąt kilometrów. Jednak najmilej wspominam nasz nocleg w niewielkiej grocie skalnej, wpasowanej w wysokim stromym klifie, kilkadziesiąt metrów nad wielką pustą plażą. Tego wieczoru nie rozbijaliśmy namiotów – rozłożyliśmy karimaty w piaszczystej niecce groty. Pamiętam, że czuliśmy się niczym w kinie, zasłuchani w szum fal, w milczeniu oglądając spektakl natury z pomarańczową tarczą słońca tonącą w Oceanie.

      Sam – nie sam

      Z chłopakami rozstaliśmy się w pierwszej miejscowości w Mauretanii – Nouadhibou. Thomas i Clement pojechali wzdłuż wybrzeża dalej na południe, w kierunku Dakaru. Nasze spotkanie miało jednak swój miły epilog: 10 miesięcy później, gdy Francuzi wracali przez Rosję i Europę Wschodnią do swojego kraju, dołączyłem do nich w Polsce. Przejechaliśmy wspólnie trasę z Białegostoku do mojego rodzinnego Poznania.

      Wróćmy jednak do Mauretanii. Miałem plan, żeby pojechać w głąb Sahary słynnym pociągiem towarowym wożącym rudę żelaza z kopalni w dalekim Zouerat.

      Oprócz Christiana i mnie, w wagonie jechał z nami młody Malijczyk – do pracy w kopalni
      Wtedy pomyślałem sobie, że żarty się skończyły, teraz będę jechał już zupełnie sam i to na Saharę! Co prawda właśnie tak to sobie zawsze wyobrażałem – chciałem sprawdzić jak to jest, podróżując samemu po odludnych miejscach. Z jednej strony nasłuchałem się na ten temat ciekawych rzeczy, m.in. z relacji Marka Kamińskiego, który opowiadał, że człowiek w samotności doznaje niecodziennych wrażeń. Z drugiej strony po prostu chciałem się sprawdzić, tak po męsku.

      W tanim hoteliku dla obieżyświatów w Nouadhibou poznałem kilka ciekawych osób, których trasy wędrówki nie raz podczas tej wyprawy miały skrzyżować się z moimi. Jadną z tych osób był Cristian – młody chłopak ze Szwajcarii. Dojechał do Nouadhibou dzień po naszym przyjeździe – także na rowerze. Co więcej, dalej wybierał się na tą samą trasę co ja. Tak więc do węglarki pociągu transsaharyjskiego weszliśmy razem i następnie razem pokonaliśmy terenowy odcinek z Choum do Ataru. Nie zdążyłem się nauczyć obsługi mojego gps’a. Cristian, jako doświadczony cyklista wyprawowy był świetnie przygotowany – miał swój gps z wgranymi punktami na trasie, o nic nie musiałem się martwić.

      Po dwóch dniach przeprawy terenowej bezpiecznie dotarliśmy do Ataru – bazy wypadowej do turystycznego regionu saharyjskiego Adrar. Cristian bardzo się spieszył, chciał możliwie jak najpełniej wykorzystać krótki urlop, więc jeszcze tego samego dnia popołudniu ruszył dalej. Ja natomiast, zgodnie z założeniami, rozkoszowałem się swobodą, jaką daje podróż zaplanowana na kilka miesięcy. Zostałem w Atarze na dzień dłużej, i dalej ruszyłem późnym popołudniem następnego dnia.

      Miałem w planach dotarcie do owianych legendami oaz Chinguitti i Ouedane. Ale droga do nich okazała się wyjątkowo ciężka. W dniu wyjazdu rozpętała się prawdziwa wichura, a niebo zasnuło się piaszczystą mgłą. Nie zdążyłem przed harmatanem. Postanowiłem posuwać się jednak do przodu na tyle, na ile będę w stanie. Podmuchy przeciwnego wiatru były tak silne, że aby nie upaść, kilkakrotnie ratowałem się zeskokiem z siodełka. Mozolne pedałowanie na najlżejszym przełożeniu pozwalało mi posuwać się nie szybciej niż 7 km/godz. Po jakimś czasie znalazłem się na stromym serpentynowym podjeździe wiodącym na płaskowyż. Co prawda droga w tym miejscu była wyłożona betonowymi płytami, ale przy tak silnym wietrze większość z ok. 5 km podjazdu pchałem rower pod górę z największym wysiłkiem. Dopiero koło południa dotarłem na płaskowyż, a w Chinguitti zawitałem popołudniu dnia następnego. A to raptem 90 km…

      16 km do Chinguitti

      Byłem piekielnie zmęczony, ale jednak bardzo szczęśliwy. To nic, że niebo nie było niebieskie, że zamiast upału marzłem na kość. Najważniejsze, że dotarłem do celu, który wybrałem sobie kiedyś, patrząc na mapę.

      W Chinguitti spotkałem Gregora i Jean-Luc’a, Słoweńca i Francuza, poznanych w Nouadhibou. Spędziliśmy w tym odległym zakątku Świata trzy miłe, spokojne dni. Znowu nie byłem sam.
      Fadel

      Wizyta w dzielnicy imiegranów senegalskich – Fadel i jego przyjaciółki
      Po dwóch tygodniach spędzonych na mauretańskiej Saharze dotarłem do stolicy tego kraju – Nouakchott. Tanie miejsce na nocleg w tym mieście polecił mi Fadel – kolejna osoba poznana w Nouadhibou, gdzie był w roli przewodnika kameralnej ekipy filmowej, kręcącej dokument o Mauretanii. Na co dzień Fadel prowadził w Nouakchott guest house (fr. auberge) swojego wujka, i tam właśnie się zatrzymałem. W stolicy chciałem załatwić tylko wizę do Mali i zaraz jechać dalej, ale Fadel swoim towarzystwem urozmaicił mi pobyt w tym, skądinąd, mało ciekawym mieście i zostałem tam kilka dni dłużej. Odwiedziliśmy m.in. „La Cinquième” – dzielnicę imigrantów senegalskich. Fadel sam jest pół-Mauretańczykiem pół-Senegalczykiem, poznał więc mnie ze swoimi przyjaciółmi.

      Polubiłem mojego afrykańskiego towarzysza, który zupełnie bezinteresownie bardzo mi pomógł w załatwieniu różnych spraw potrzebnych do kontynuacji mojej podróży. Jednak nie spodziewałem się, że spotkamy się znów już za rok i znowu w Afryce. Latem zeszłego roku, gdy planowałem udział w libijskim odcinku sztafety śladami Kazimierza Nowaka, Fadel odezwał się do mnie informując, że wyjechał na kontrakt do Libii i będzie mieszkać tam przez jakiś czas. Od razu zaproponowałem mu udział w naszej sztafecie, i tak Fadel stał się pierwszym afrykańskim członkiem AfrykiNowaka!

      Tymczasem pożegnałem się z Fadelem i z wbitą do paszportu malijską wizą ruszyłem tzw. Drogą Nadziei na południowy wschód.

      Mali

      Przekraczając granicę, znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości, nie tylko w sensie administracyjnym. Im dalej na południe tym więcej roślinności. W Mauretanii jedynymi drzewami jakie spotykałem na swojej trasie były niewielkich rozmiarów akacje. Długie kolce tych drzew nie raz dziurawiły moje opony. Zbliżając się do granicy Mali widziałem coraz więcej trawy. Choć sucha i pożółkła o tej porze roku, daje pożywienie coraz liczniejszym wypasanym stadom krów. Poczułem wielką radość, gdy będąc już po malijskiej stronie ujrzałem pierwszego baobaba. Zafascynowały mnie te potężne drzewa do tego stopnia, że gdy tylko miałem taką możliwość, nocowałem właśnie pod konarami tych olbrzymów.

      OLYMPUS DIGITAL CAMERA

      Baobab

      Wioski malijskie wyglądają zupełnie inaczej niż te blaszano-drewniane po mauretańskiej stronie. Wszystkie zabudowania zrobione są z gliniastych cegieł suszonych na słońcu, a cała konstrukcja dodatkowo pokryta jest warstwą gliny zmieszanej ze słomą. Obłe wykończenia murów wyglądają bardzo ciekawie. Z resztą nie tylko wioski tak wyglądają. Całe miasto Djenné jest „konstrukcją z gliny”, a perłę gliniastej architektury stanowi słynny meczet – Grand Mosquée, będący jednocześnie ikoną architektury Sahelu.

      Oprócz przyrody i architektury, mieszkańcy Mali różnią się istotnie od swoich północnych sąsiadów. Przyznam, że nieco obawiałem się Malijczyków, jak wszystkiego, co nieznane. W krajach arabskich byłem już nie raz, ale Czarna Afryka pozostawała dla mnie tajemnicą. Moje obawy nie potwierdziły się. Przeciwnie – czarni mieszkańcy Mali mają moim w moim odczuciu iście słowiańską duszę! Ale Malijczycy nie stanowią jednorodnej grupy. W kraju tym żyje obok siebie kilka plemion różniących się znacznie od siebie, nie tylko wyglądem – mówią zupełnie innymi językami i prowadzą inny tryb życia.

      Po dotarciu do stolicy kraju – Bamako, postanowiłem udać się w kierunku wschodnim, najpierw do Segou, potem do Djenné i Mopti. Nie chciałem jednak posuwać się szosą. Miałem rower – byłem więc wolny, a przynajmniej niezależny od lokalnych środków transportu. Wolałem więc zaryzykować i pojechać północną stroną rzeki Niger, po terenach, gdzie samochody nie jeżdżą zbyt często. Na miejscu okazało się, że samochodów tam nie ma w ogóle, bo nie przejechałyby wąskimi piaszczystymi ścieżkami. Jest za to dzika przyroda, piękne baobaby, kolorowe ptaki oraz liczne wioski, w których małe dzieci murzyńskie uciekały na mój widok w popłochu, za pewne pierwszy raz widząc białego przybysza.

      A do wiosek zajeżdżałem często, choćby po smaczną studzienną wodę, którą w całym Mali piłem bez żadnego uzdatniania, nie mając z tego tytułu żadnych problemów zdrowotnych przez całą podróż. Mieszkańcy tych stron byli nie tylko żywo zainteresowani moim towarzystwem, ale także zupełnie bezinteresowni. Zdarzało mi się nawet być obdarowanym jedzeniem na drogę. Zupełnie inna sytuacja panuje w bardziej turystycznych miejscach. W Mopti za rejs towarową pinasą do Timbuktu nawet po długich targach przyszło mi zapłacić sumę dwa razy większą od tej, którą płacą miejscowi. Podobnie było na festiwalu muzyki zachodnioafrykańskiej w Segou, na który trafiłem przypadkowo, docierając do tego miasta właśnie w tym czasie. Za karnet festiwalowy oficjalna stawka dla białych wynosiła 100 Euro, Afrykanie płacili 10 razy mniej.

      Na mieliźnie

      Choć zdecydowaną większość mojej trasy przejechałem rowerem, to całkiem spory kawałek spędziłem na wodzie. Jedyna droga lądowa do legendarnego miasta Timbuktu jest dla roweru nieprzejezdna. Chcąc się tam dostać, zmuszony byłem skorzystać z rejsu towarową pinasą, gdyż o tej porze roku (w lutym) poziom rzeki jest na tyle niski, że duże jednostki pasażerskie nie kursują. Mimo to, wielokrotnie utykaliśmy na mieliźnie, z której wydostanie się wymagało ciężkiej kilkugodzinnej pracy całej załogi. I tak, zamiast płynąć 3 dni, dotarliśmy do Timbuktu po blisko tygodniu. Rejs jednak był całkiem ciekawy, towarzyszył mi bowiem pewien młody chłopak – Tuareg, który właśnie wracał na wakacje do rodzinnego domu. Na co dzień mieszka w dalekim Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie uczy się w szkole zawodowej przygotowującej do pracy w fabryce produkującej kakao. Rozmawialiśmy dużo, dzieląc się informacjami o życiu w swoich krajach, na swoich kontynentach. Do rozmowy często włączał się jeden z członków załogi. Obaj mówili nieźle po francusku, więc korzystaliśmy wszyscy.

      Okazuje się, że połowem ryb zajmuje się wyłącznie ludność z plemienia Bozo. Rozpoznać ich można po niezwykle ciemnym kolorze skóry. Handlują rybami, wymieniając je na mleko krowie z plemieniem Fula – hodowcami bydła. Kobiety Fula mają wytatuowane usta i noszą wielkie złote kolczyki – szczególnie w dni targowe. Nad Nigrem żyją jeszcze rolnicy Sorai, a na północnych obszarach w okolicach Timbuktu i Gao – Tuaregowie, zwani także od języka, którym się posługują – Tamashek. Oprócz ludzi i zwierząt hodowlanych, brzegi Nigru zamieszkują okryte złą sławą hipopotamy. Nie są one tu zbyt liczne, ale uważny obserwator może czasem dostrzec lekko wystające ponad powierzchnię wody ich charakterystyczne pyski. Zaprzyjaźniony załogant Bozo opowiadał mi ciekawe rzeczy o hipopotamach. Samce tych ssaków są wyjątkowo agresywne. Istnieją natomiast ludzie-zaklinacze hipopotamów, którzy potrafią, przy pomocy swych niezwykłych umiejętności, zmusić zwierzęta do oddalenia się w razie niebezpieczeństwa.

      Któregoś razu, gdy zacumowaliśmy do brzegu na dłuższy postój, postanowiłem wykorzystać ten czas na kąpiel w rzece. Wskoczyłem do rześkiej wody i wypluskałem się radośnie. Jakieś 15 minut po mojej kąpieli w tym samym miejscu ludzie z tutejszej wioski wskazywali palcami na przepływającego hipopotama. Mężczyźni zaczęli rzucać kamyki w jego kierunku, żeby go przepłoszyć, a kobiety jeszcze długo komentowały wydarzenie, pokazując w moim kierunku z dezaprobatą.
      Z wiatrem na zachód

      Z Timbuktu, początkowo chciałem kontynuować drogę dalej na wschód rowerem, samym brzegiem rzeki. Jednak grząski teren to uniemożliwiał. Nie miałem innego wyjścia, jak znów załadować rower na dach pinasy i kontynuować rejs do samego Gao. Pod koniec tego długiego rejsu czułem się na łodzi jak więzień – wynudziłem się potwornie. Dlatego jak tylko znów dosiadłem mojego stalowego rumaka, wystrzeliłem jak z procy. Z Gao pognałem przyjemnym asfaltem z powrotem na zachód, dopingowany sprzyjającym wiatrem. Dokuczał mi tylko upał. Pod koniec lutego temperatura w ciągu dnia przekraczała 400C w cieniu. Wstawałem więc przed wschodem słońca, aby wykorzystać najmniej upalne godziny do jazdy. Przed nastaniem południa robiłem kilkugodzinną przerwę, aby kontynuować jazdę dopiero po 16.00, gdy upał nieco zelżał. W tym czasie pobijałem rekordy ilości wypitej wody, przekraczając 6 l!

      Po dwóch dniach dotarłem do kolejnego celu – majestatycznych gór w okolicy miasteczka Hombori. Nie licząc niewysokiego pasma górskiego w Kraju Dogonów, są to w zasadzie jedyne góry w Mali. Wysokie i strzeliste skały pojawiają się nagle na zupełnie płaskim stepie wywołując tym samym niesamowite wrażenie. Najbardziej znany, szczególnie wśród wspinaczy skałkowych, jest kompleks skalny nazwany „Ręką Fatimy”. Pięć strzelistych skał nasuwa bowiem skojarzenie odwróconej ludzkiej dłoni.

      Podróż do lepszego Świata

      Kolejnym, już ostatnim etapem mojej wyprawy była największa atrakcja turystyczna Mali – Kraj Dogonów. Długo wahałem się, czy i jak odwiedzić to polecane przez wszystkich miejsce. Kraj Dogonów to góry, po których chodzi się wąskimi ścieżkami w towarzystwie wynajętego przewodnika, a nie jeździ rowerem. Cała impreza jest bardzo kosztowna, zupełnie nie na moją kieszeń.
      W miasteczku Douentza spotykam dwa małżeństwa Francuzów, podróżujących dookoła Świata skonstruowanymi przez siebie trzykołowymi pojazdami silnikowymi. Właśnie wrócili z Kraju Dogonów, namawiają mnie na powtórzenie ich trasy, uważają, że powinienem sobie poradzić. Ostatecznie ulegam ich namowom i ruszam bladym świtem z rekordowym zapasem wody na szutrową drogę w kierunku płaskowyżu. Po kilku kilometrach zaczynam grzęznąć w coraz bardziej piaszczystym podłożu. Przedzieram się do innego, równoległego szlaku, może okaże się bardziej dostosowany do moich opon – gdzie tam. Pchanie roweru, ciągłe zmiany ścieżek, a temperatura rośnie z godziny na godzinę. Ukształtowanie terenu przestaje mi się zgadzać z mapą. Tracę orientację, już nie wiem, gdzie jestem. Wspinam się na pagórek i rozglądając się dookoła dostrzegam w oddali młodego chłopaka, idącego w tym samym kierunku co ja. Postanawiam go dogonić, to jedyna deska ratunku.

      Dogadujemy się na migi. Bamba? – pytam o nazwę wioski, wskazując jednocześnie kierunek jego marszu. – Bamba – potwierdza i staje się jasne, że pójdziemy razem. Nie mam pojęcia, jak bym sobie poradził bez pomocy tego młodego, dogońskiego chłopaka. Wielokrotnie w ciągu całej drogi pomagał mi przepychać obładowany rower przez piaszczyste doliny uedów. Potem, w potwornym upale, przedzieraliśmy się górzystymi ścieżkami, aż w końcu, po 40 km mordęgi dotarliśmy do wioski dogońskiej. Nie była to co prawda Bamba, lecz rodzinna wioska mojego towarzysza. O kilku innych odwiedzonych podczas tej podróży miejscowościach myślałem jako o położonych na końcu Świata. Jednak tamte w zestawieniu z osadą, w której właśnie się znalazłem, wydały mi się całkiem cywilizowane. Tu, do wiosek położonych w północnej, czyli nieturystycznej części Kraju Dogonów, nie docierają żadne media, a ludzie żyją nadzwyczaj skromnie, niczym cywilizacje sprzed tysięcy lat.

      Siedząc na ganku kamiennej izby, w otoczeniu skał, palm i baobabów, obserwowałem, bawiące się ze sobą dogońskie dzieci. Tańcząc w kółku, trzymały się za ręce i radośnie śpiewały piosenki w swoim języku. Czy ja rzeczywiście przybyłem z tego lepszego świata?