JĄDRO W ODCINKACH – CZĘŚĆ IV

      Autobusy i telefon

      Jak już wspominałem, Kinszasa to najbardziej niebezpieczna stolica w Afryce. Przynajmniej tak piszą w Wikipedii. Oczywiście nie należy wierzyć we wszystko to, co tam jest napisane, ale faktycznie, stolica Konga do bezpiecznych miast nie należy i z taką świadomością tam jechałem. Naczytałem się to tu, to tam o tym, że trzeba bardzo uważać na fotografowanie. W Kongu na robienie zdjęć w trzeba uzyskać oficjalną zgodę, co, o ile w ogóle się uda, wiąże się z bezsensownie dużą opłatą i nie daje żadnej gwarancji, że nikt się nie przyczepi. Podobno mundurowi tylko czyhają na nieostrożnych białych, żeby wymusić łapówkę za taki fotograficzny incydent.

      Tak więc postanowiłem w ogóle nie robić zdjęć w Kinszasie. Zresztą tym razem nie byłem przygotowany na fotografowanie. Z dbałości o plecy zabrałem tylko lekką kompaktową kamerkę oraz jeszcze mniejszą GoPro i nastawiłem się wyłącznie na filmowanie.

      Kinszasa nie należy do tanich miast, poza tym nie wiedziałem, ile czasu zajmie mi podróż do dżungli. Dlatego pobyt w stolicy chciałem ograniczyć do minimum. Musiałem jednak załatwić kilka spraw: wymiana pieniędzy, zakup lokalnej karty sim oraz bilet na autobus do Bandundu. Ale najpoważniejszą sprawą był zakup roweru. Tak, to był mój pomysł na dotarcie z Bandundu do granic Parku Salonga (jakieś 500 km). Do sprawnego załatwienia tych wszystkich spraw potrzebowałem kogoś zaufanego do pomocy.

      Jean Paul był nieco starszy ode mnie, mówił powoli, spokojnie, ważąc każde słowo. Niedawno wrócił na studia prawnicze, które przerwał na dwa lata z powodów zdrowotnych. Był moim kongijskim przewodnikiem. Po mieście jeździliśmy busami, których roi się w Kinszasie, podobnie jak w wielu innych afrykańskich stolicach. Tu są trzy rodzaje takich busów: najmniejsze, typu vw transporter czy toyota hiace, nieco większe ich odpowiedniki oraz normalne duże autobusy. Na tych średnich jest napis „Esprit de vie”, czyli duch życia. Jean Paul mi wyjaśnia, skąd to się wzięło. Jeszcze kilka lat temu jeździły tylko te najmniejsze. Ponieważ kierowcy busów, oględnie mówiąc, nie biorą sobie do serca jakichkolwiek zasad bezpiecznej jazdy, to wypadków z ich udziałem jest cała masa, a przy tym i ofiar śmiertelnych nie brakuje. Przylgnęła więc do nich nazwa „esprit de mort”, czyli „duch śmierci”. Władze miasta, być może pod naciskiem opinii publicznej (sic!), postanowiły zainwestować w transport publiczny z prawdziwego zdarzenia i wprowadzono większe i tym samym znacznie bezpieczniejsze pojazdy.

      Co ciekawe, a wręcz zdumiewające, biorąc pod uwagę realia afrykańskich miast, ustanowiono także inny przepis przyczyniający się do poprawy bezpieczeństwa na drogach Kinszasy, a raczej obniżenia śmiertelności wypadków. Chodzi o taksówki, a raczej osobowe auta jeżdżące na stałych trasach i zgarniające pasażerów po drodze. Otóż zwykle w afrykańskich miastach na przednim siedzeniu obok kierowcy sadza się w takich autach dwie osoby (tak, bardzo niewygodne). A tu proszę – może siedzieć tylko jedna osoba. Nie wierzę! A niby taka strasznie dzika ta Kinszasa…

      Ale wróćmy do autobusów. Gdy wsiedliśmy do jednego z nich Jean-Paul ostrzegał mnie, żebym trzymał telefon dobrze schowany i broń boże nie podchodził do okna z komórką w ręku.

      – Mamy tu niezłych specjalistów od tych spraw.

      Stosowałem się do tej rady bezwzględnie, także idąc ulicą, czy wchodząc do sklepu, po prostu cały czas telefon trzymałem w kieszeni spodni, mało widocznej, zapinanej na suwak. Dodatkowo często dotykałem go dyskretnie dłonią, jeśli nie czułem go na udzie. Był dość wartościowy, bo to nowy smartfon, w sumie niechcąco go zabrałem do Konga. Tak, bo nie mogłem odnaleźć takiej starej prostej nokii, którą zawsze biorę na wyprawy. W ferworze przygotowań w końcu machnąłem ręką i uznałem, że jakoś to będzie, że przynajmniej mam dodatkowy aparat i kamerkę, i skany map tam wgrałem, a żeby się nie zniszczył, zapakowałem go w cieniutki ortalionowy woreczek i wraz z nim wkładałem do kieszeni.

      Wszystkie sprawy po kolei bezpiecznie załatwiliśmy. Nie do końca byłem zadowolony z roweru, ale nie było wyboru – jedynie tandetna chińszczyzna lub niemożliwie toporny lokalny “cyclor”, czyli coś jak nasza ukraina, tyle że cięższy i z twardym plastikowym siodełkiem. Kusił mnie lokalnym kolorytem stylu, ale ostatecznie górę wzięły względy praktyczne. Tak czy owak tanio nie było, bo za chińskiego górala z pierwotnych 140 dolców wytargowałem jedyne dziesięć, bo libański sprzedawca nie wykazywał najmniejszej ochoty na dalsze targi. Nie wiem, ale chyba to wynik zmowy cenowej, bo niemal wszystkie sklepy w okolicach Grand Marché prowadzą Libańczycy, a ceny rowerów, które różnią się od siebie tylko nieznacznie, ceną nie różnią się wcale.

      Żeby się o tym przekonać straciłem niemal cały dzień, ale wioząc mój nowy nabytek taksówką na misję czułem się spokojny, że przynajmniej zrobiłem wszystko, co mogłem, aby mieć możliwie najlepszy rower (z akcentem na „możliwie”).

      09

      Jakieś dwie godzinki przed zmierzchem dotarliśmy z Jean-Paule’m na dworzec autobusowy. Bilet kupiliśmy poprzedniego dnia, więc niczym specjalnie się nie stresowałem. Dopiero na miejscu okazało się, że jednak nie wszystko przewidziałem. Nadbagaż (a takim był mój rower) nadaje się tu jako cargo, czyli osobnym autobusem, który jedzie dzień później. Na to nie chciałem przystać, nie tylko ze względu na pośpiech. Zwyczajnie bałem się, że mogę go już nie odzyskać. I tu bardzo przydała się pomoc Jean-Paule’a, który stoczył długą i, co ważne, zwycięską batalię na dworcu o to, żeby rower pojechał wraz ze mną. Musiałem w zamian dopłacić parę dolców, ale co tam. Wtedy z resztą jeszcze tak nie liczyłem tych dolców, bo potem… Ale o tym potem. Tymczasem jeszcze przed zmrokiem siedziałem zadowolony w całkiem dobrze wyglądającym autobusie, na miejscu przy oknie. Na koniec jeszcze trochę stresu za przyczyną jakiegoś jegomościa wymachującego legitymacją, która rzekomo uprawniała go do sprawdzenia mojego paszportu. Ale znów z opresji wybawił mnie mój kochany Jean-Paul, który w końcu studiuje prawo i nie zawahał się wiedzy z tego wynikającej użyć.

      Autobus rusza, jedziemy, uff! Co za miła chwila. Mamy jechać całą noc i dotrzeć do Bandundu o świcie. Do autobusu wszedł też pewien duchowny, aby wygłosić kazanie pasażerom. Głos ma donośny i temperamentny, w zasadzie to krzyczy, a nie mówi. A że krzyczy w lingala, to nie obchodzi mnie to zupełnie. Przez otwarte okno obserwuję afrykański zgiełk ulicy. Wtem przychodzi mi go głowy, aby wreszcie sfilmować trochę tego miasta. Wyciągam z kieszeni ortalionowy woreczek, wyciągam z niego telefon i włączam kamerę. Jest tuż przed osiemnastą, więc za chwilę zrobi się całkiem ciemno, a jedyne źródła światła dają reflektory aut i kasetony reklam sklepowych. Ruch na ulicy spory, w tym głównie małe l’esprits de mort, z których nawoływacze przekrzykują się, aby zgarnąć kolejnych pasażerów. Ulica korkuje się, zwalniamy i my. Wychylam się za okno z ręką, aby ująć w kadrze ulicę z nieco innej perspektywy, w kierunku jazdy. Wtem, po sekundzie, może dwóch, czuję energiczne uderzenie w dłoń – pac! Jakiś chłopak w czerwonej koszulce, a w zasadzie tylko czerwony kolor tej koszulki, uciekał w poprzek ulicy wesoło pokrzykując w geście tryumfu, aby zaraz zniknąć w ciemnym, gęstym tłumie.

      W ułamku sekundy dotarło do mnie, co się właśnie stało. Aż pociemniało mi w oczach. Skryłem twarz w dłoniach, łokcie oparłem na kolanach, gonitwa myśli, czy to aby nie jest jakiś zły sen, może jednak? A może da się to jakoś cofnąć? Nie, nigdy się nie dało. I tym razem na pewno też nic z tego nie będzie. Muszę odkryć twarz i zmierzyć się z tą nową rzeczywistością.

      Wszyscy w autobusie zauważyli, co się właśnie wydarzyło, nawet kaznodzieja, choć ani na moment nie przerwał kazania, jednak chyba nieco ściszył głos, a może wręcz nawiązał treścią do tego, ale jakąż ekwilibrystyką rozumowania musiałby się wykazać, żeby w jednej chwili wytłumaczyć, że takie rzeczy dzieją się w majestacie Stwórcy, i to w trakcie wychwalania go pod niebiosa. Czułem współczucie wszystkich pasażerów, a jednocześnie ich delikatność, aby nie dokładać mi przykrości oczywistymi pytaniami, bo jakież można w takiej sytuacji zadać? Ukradli ci telefon?!

      Kolejna gonitwa myśli, tym razem racjonalna – co tak naprawdę straciłem? Sam telefon, choć był nowy, to jednak ani ajfon, ani esszóstka, poza tym za pięć dych, bo w abonamencie. Ale cenniejsza była jego zawartość. Wszystkie numery, nawet ten, do Kasi – nie znam go na pamięć! Znam do ojca i brata, to jedyne, które znam. Nie zmieniły się od lat dziewięćdziesiątych. Zatem nie wszystko stracone, jest kontakt z krajem. Więc i numer do Kasi też odzyskam. Ale co ja jej powiem? Że wystawiłem rękę z telefonem przez okno autobusu w centrum Kinszasy?! A co ja powiem Jean-Paulowi? Tyle razy mnie ostrzegał! Najgorsze, że na karcie było mnóstwo zdjęć z rodzinnych wakacji, nie zdążyłem ich zgrać przed wyjazdem, duża pojemność karty rozleniwia. Poza tym skany map dżungli, ważne numery tu, na miejscu – na szczęście mam kopie na kartkach w notesie. Ale jak ja zadzwonię? Będę musiał kupić telefon. Co jeszcze, co jeszcze…

      I tak, gdy już jako tako ogarnąłem na czym stoję, przyszła kolej na złość, że dałem się okraść jak dzieciak, a taki podróżnik! Tyle razy w Afryce! A może to nie moja wina, tylko tego cholernego Kongo? – nie chcę już tego kraju, obrażam się, wracam. Dość mam tej podróży. Wreszcie zwykły smutek i gapienie się w okno…

      Minęło może dziesięć minut od „pac!”, a tu ktoś dobija się do drzwi z przodu autobusu (stoimy w korku). Kierowca go wpuszcza, emocjonalny dialog, po chwili wszyscy do mnie, że złapali złodzieja, że mam iść, tam, na zewnątrz! Co?! Nie wierzę. No dobra, ale jak to mam tak po prostu opuścić autobus? A co z moim bagażem? Rowerem? Zaczeka? Tak, zaczeka. No dobrze. Ale w ten dziki tłum po ciemku?! Brać saszetkę z dokumentami, pieniędzmi? No przecież nie zostawię na siedzeniu. Dobra, po krótkiej chwili szamotania się ze sobą w stylu Woody’ego Allena w końcu opuszczam autobus trzymając się za saszetkę na brzuchu, w towarzystwie paru osób, nawet nie wiem kogo. Podchodzimy do grupki stojącej na poboczu, spośród nich dwóch ma mundury policjantów. Szybko ktoś pokazuje mi telefon i pyta, czy to mój. Nie wierzę, nie wierzę… To naprawdę on! Nawet nie uszkodzony, jedynie uśpiony, włączam przycisk z boku i wszystko działa! Czy ja śnię?!

      Jakiś mokry od potu i pełen emocji chłopak daje mi do zrozumienia, że to on złapał złodzieja, którego właśnie dostrzegam zgiętego w pół z rękoma na plecach, trzymanego przez kilku innych. Czuję, że muszę jakoś wylewnie podziękować, więc przekrzykując panujący tu hałas wygłaszam pełną emocji mowę dziękczynną. Podziękowania kieruję zarówno do chłopaka, który prawdopodobnie puścił się w pogoń za złodziejem, jak i dla obecnych policjantów, aby nikt nie poczuł się urażony. Ale jakoś nie wierzę, że na tym się skończy. Wyczytuję to w spojrzeniach policjantów. Pewnie będą coś ode mnie chcieli, wiadomo, kongijskich policjantów trzeba się strzec jak ognia. I nie myliłem się. Zaraz po zakończeniu mojego przedstawienia jeden z mundurowych bezceremonialnie wyciąga rękę po telefon z miną niecierpiącą sprzeciwu, a ja tej minie zwyczajnie ulegam i oddaję mu dopiero co odzyskaną własność. Nie wiem dlaczego, pewnie powinienem zaprotestować, ale nie umiałem, zwyczajnie się bałem. Mamy iść na komisariat.

      Czuję, że to nie skończy się dobrze. Całą grupką idziemy w głąb poprzecznej uliczki, ku protestom kierowcy autobusu. Na szczęście upewnia mnie, że idzie ze mną i mogę być spokojny, że beze mnie nie odjedzie. Pomimo jego argumentów policjant trzymający mój telefon jest nieugięty. Nie czuję się bezpiecznie, oddalamy się od wszelkich świateł, ten typ nie budzi mojego zaufania. A może to ostatni moment, żeby wyjść z jakąś inicjatywą właściwą takim okolicznościom? Dyskretnie proponuję łapówkę. Daj. Ile? Pięć dolarów. Sięgam do saszetki i wyciągam kilka banknotów pięćset, może tysiącfrankowych, czyli kilka dolców. Daję mu. Chwyta i nawet nie przelicza. Więcej! – pogania zniecierpliwionym tonem. Wszystko odbywa się w marszu, razem z nami idzie kilkanaście osób, a tę potajemną scenę przed ich wzrokiem kryją jedynie ogólne ciemności. Wyciągam jeszcze kilka banknotów, sam nie wiem ile. Podaję mu, ale tym razem nie puszczam – Najpierw telefon! – syczę. Jednak bydlak chwycił je i szarpie tak mocno, że w obawie przed podarciem w końcu ulegam. Zamiast telefonu słyszę kolejne „więcej!”. O nie kochany, tym razem odmawiam, to był zły pomysł.

      W końcu docieramy na komisariat. Przynajmniej tak wszyscy nazywają to miejsce. Ja bym to określił jako rodzaj murowanego straganu, ale mniejsza o to. Jest i komendant. Wita się ze mną na ganku, a może w głównym pomieszczeniu – trudno ocenić. Wysoki, pełen spokoju, opanowania, nie zdradza żadnych emocji. Tymczasem kierowca autobusu wchodzi w coraz większe, próbuje przekonać policjantów, żeby oddali mi telefon, bo przecież autobus pełen ludzi czeka na ulicy. Sześćdziesiąt ludzi zapłaciło, żeby rano być w Bandundu! Ale na nic to. W końcu jeden z ubranych po cywilnemu także podnosi głos i ostrzega, że jeszcze trochę, a go aresztują. A inni postronni, że tylko pogarsza moją sytuację, że przez niego biały staje się ofiarą. Tylko komendant nic nie mówi. Postanawiam znów wziąć sprawy w swoje ręce i zwracam się do niego:

      – Panie komendancie, czy możemy porozmawiać w cztery oczy?

      – Nie teraz.

      Pozostało mi czekać na rozwój wypadków. A propozycja komendanta jest taka, że spiszemy teraz protokół. Na to kierowca autobusu podchodzi do mnie i oznajmia, żebym zostawił im ten telefon i poszedł do autobusu, bo jego agencja ma dobrych prawników i go odzyskają. Po krótkim zastanowieniu postanawiam jednak trzymać się komendanta, skoro jest jeszcze jakaś szansa na odzyskanie telefonu tego wieczoru. Siadamy i zaczynamy klasyczną procedurę. Na stole pojawia się biała kartka, długopis, ktoś włącza małą latarkę, która staje się jedynym źródłem światła. Na całe szczęście tekst pisany jest ręcznie, a nie na maszynie, więc idzie całkiem sprawnie. Komendant zadaje mi pytanie po pytaniu i dopiero wtedy dowiaduje się istoty całego zajścia, czemu daje wyraz kręcąc lekko głową z niedowierzaniem. Spisanie wydarzenia zajmuje nam jakieś 20 minut, a może dwa razy dłużej, nie wiem, dla mnie całe wieki. W każdym razie po zakończeniu mam złożyć swój podpis, co czynię bezzwłocznie. Teraz ja mam napisać oświadczenie o odebraniu skradzionego przedmiotu. Od razu zapala mi się czerwona lampka, że to może być podstęp, że podpiszę papier, a telefonu i tak nie otrzymam. Telefon cały czas leży na stole, przy lewej ręce komendanta, ale nie czuję, żeby w jakikolwiek sposób zwiększyły się szanse, że do mnie wróci. No nic, zaryzykuję. Każę sobie dyktować, bo o ile francuskim posługuję się sprawnie, to nie chciałbym być egzaminowany z formalnych formułek. Na koniec składam podpis i drżącą ręką wręczam oświadczenie komendantowi. A ten, jakby nigdy nic, jakbyśmy nie byli w Kongu, ba! – jakbyśmy byli w Polsce! – wręcza mi telefon.

      Znów nie mogę uwierzyć, że nie śnię i pytam, czy to wszystko?

      – Tak. – spokojnie odpowiada komendant. Nabieram więc odwagi i podnoszę się z krzesła, jednocześnie dziękując za sprawne załatwienie sprawy. Tymczasem liczni zgromadzeni gapie, którzy do tej pory w spokoju obserwowali całe zajście, natychmiast zareagowali:

      – Nie, to nie wszystko! Trzeba mu coś dać!

      Zwracam się więc do komendanta z adekwatnym w tej sytuacji pytaniem:

      – Ile?

      Komendant wstał i po krótkim zastanowieniu odparł:

      – Dziesięć dolarów.

      – Nie mam w dolarach, mam franki. Czyli 10 000 franków. Może być?

      Na to pytanie otrzymuję głośną i stanowczą odpowiedź całego chóru zgromadzonych:

      – Może być!

      Chwilę później wchodziłem do autobusu witany przez pasażerów niczym zwycięzca. Niepotrzebnie próbowałem przepraszać, że tyle musieli czekać przeze mnie. Dla nich liczyło się tylko to, że biały odzyskał telefon i cieszyli się tym niemal jak ja sam. A ja siedziałem znów na swoim miejscu przy oknie, jeszcze długo śmiejąc się do siebie, znów nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło.

      Sytuacja jeszcze długo była komentowana w autobusie. A to zagadywał mnie mój sąsiad, czy nie mam ochoty jeszcze trochę pofilmować przez okno, a to pewien wesoły jegomość przechadzał się po autobusie wołając:

      – Boże święty, biały odzyskał skradziony telefon warty czterysta dolarów!

      – Nie, aż tyle to nie – starałem się protestować. Jednak czułem się tak, jakby był wart ze cztery tysiące.

       

      Nie ma jeszcze komentarzy.

      Dodaj komentarz


        Przeczytaj poprzedni wpis:
        black
        JĄDRO W ODCINKACH – CZĘŚĆ III

        Kinszasa by night Za każdym razem, gdy lecę do nowego kraju, towarzyszy mi stres. Chodzi o te pierwsze chwile w...

        Zamknij